Ala: Modlitwa o uratowanie miłości

Jestem dokładnie w 50 dniu odmawiania Modlitwy Pompejańskiej. Chcę się podzielić świadectwem.
Rozpoczęłam tę modlitwę – całkiem przypadkiem – 17 dnia miesiąca, na różańcu fatimskim, ofiarowanym mi w 2017 roku przez mojego Dziadka. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stanie się on symbolem mojej przemiany duchowej.
Końcem roku 2018, po wielu wspólnych latach bycia razem, rozpadł się mój związek. Jak możecie się domyślić, cierpienie, którego doznałam do tego stopnia mną wstrząsnęło, że nie wiedziałam jak sobie poradzić. Dzielnie znosiłam każdy policzek wymierzony w moją twarz.
Wiedziałam, że nie dam rady bez wsparcia. Jakimś cudem 17 dnia miesiąca odnalazłam tę modlitwę i oddałam sprawę w ręce Matki Boskiej i Jezusowi.
Ból jakiego człowiek doświadcza na ziemi jest niezwykły. Z jednej strony nie chcemy go, próbujemy się ratować, miotamy między strachem a nadzieją, wypieramy go z całej siły, nie pozwalając mu do końca nas zniszczyć. Z drugiej strony kryzys, który nadchodzi i któremu musimy się poddać, powoduje mobilizację ostatnich sił człowieka. W modlitwie różańcowej odnajduję przesłanie od Boga: poddać się całkowicie woli bożej, przyjąć cały ból na siebie, współtworzyć modlitwę, z pokorą wybaczać naszym wrogom.
Różańcowe rozważania, traktuję bardzo poważnie. Nie wiem jak potoczą się moje losy – może to za wcześnie, żeby intencja była wysłuchana. Ale wiem, że Matka Boża jest blisko. Są ludzie, którym na nas bardzo zależy, którzy nie skrzywdzą nas choćby nie wiem co. Wspierają, modlą się za nas i przede wszystkim są w naszym życiu. Dzięki tym ludziom wierzę, że to co złe w końcu przeminie i dla mnie kiedyś zaświeci Słońce.
Początkowo bardzo trudno było mi odmawiać tę modlitwę. Płakałam, łzy lały się po różańcu, byłam w całkowitym dołku psychicznym, nie chciało mi się żyć. Tylko Bóg widział moją rozpacz. Maryja swym spokojem ukoiła moje nerwy, modlitwa z dnia na dzień stawała się głębsza, łatwiej było się skupić. Obecnie każdego dnia czuję moc i chęć odmówienia tej modlitwy na nowo. Podążanie z Maryją i Jezusem krok w krok pozwoliło skierować życie na nowe tory. Zaufałam im. Jezus przyjął krzyż na siebie, po to by człowiek zrozumiał, że w życiu nie jest łatwo. Każdy z nas ma swój krzyż do dźwigania, jeśli jesteśmy dojrzali, niesiemy go z honorem, nie uciekamy od tego, wypełniamy misję. Bóg objawia się w nas samych, dotyka bólu człowieka, pozwala nam doznać pewnego rodzaju ulgi – przeświadczenia, radości w sercu, że nie jesteśmy sami, że to cierpienie służy wyższemu celowi.
Moje serce, tyle razy już ranione i cerowane na nowo, wierzy że każdy człowiek, który wzywa pomocy Boga będzie wysłuchany. Odczytajcie Jego przekaz całym sercem, duszą i rozumem. On Was nie zawiedzie.

Dewocjonalia

i książki 

ze św. Józefem

  • Pięknie napisane! Ja czytając to dzisiaj również jestem w 50 Dniu Nowenny. Jakoś ostatnio coraz trudniej mi się skupić…. Dziękuję za wsparcie.

    • Monika jak zaczynasz Różaniec podłącz się do innych w tym czasie odmawiających Różaniec.
      Tak radzi ks.Glas, to wtedy jest potęga modlitwy
      Tak pisze w książce”Dziś trzeba wybrać”

      • Ja też staram się tak robić, gdy się modlę to „wyobrażam „że w tym czasie wiele ludzi na całym świecie modli się w swoich intencjach, ale razem ze mną słowo w słowo, to jest piękne uczucie i wierzę że prawdziwe. A Najświętsza Maryja nas przytula i wstawia się za nami. Pozdrawiam

  • Nowenna pompejańska jest cały czas obecna w moim życiu. Maryja zawsze wysłuchuje – może niezupełnie tak jak prosimy, ale zawsze tak, żeby było dobrze. Przekonałam się o tym nie raz…

  • Niestety stawianie człowieka w miejscu przeznaczonym dla Boga zawsze kończy się rozpaczą. Dziewczyno otrzyj łzy! Być może przez to rozstanie uratowałaś swoją duszę!

  • Piękne świadectwo, bardzo podobne do mojego. Fajnie byłoby nawiązać kontakt z osobami w podobnej sytuacji. Możnaby wtedy łatwiej znaleźć wsparcie, wspólnie się modlić.

    • Dołączam się do tego świadectwa. Jakbym czytała o sobie. Wspieram Was całym sercem i modlitwą.

    • Również jakbym czytała o sobie … siedzę i łzy same lecą. Tylko modlitwa mi pomaga.

  • Piękne świadectwo, jestem w bardzo podobnej sytuacji i wiem, co przeżywasz… Po ludzku sprawa jest przegrana i nie ma nadziei, ale w Nowennie można tę nadzieję odnaleźć na nowo. I myślę, że jeśli naprawdę się kogoś kocha, modlitwą należy o tę miłość walczyć. Jesus i Maryja widzą nasze łzy i zmagania i nie zostawią nas samych sobie. A może rozstanie jest czasem potrzebne po to właśnie, by pewne sprawy odkryć na nowo, więcej zrozumieć i zaprosić Boga do tego, co przeżywamy i On nada temu wszystkiemu głębszy sens. Wiadomo, że siłą nie zmusi się nikogo do miłości i powrotu, ale przecież Bóg może delikatnie poruszyć serce tej osoby, żeby zrozumiał, że opuścił kogoś, kto go naprawdę kochał, żeby przemyślał wszystko jeszcze raz…

  • >

    Zapisz się na nasz biuletyn i otrzymuj comiesięczne wiadomości w temacie nowenny pompejańskiej!