Iwona: Różaniec to nie klepanie

Chciałabym dać świadectwo o tym, w jaki sposób Różaniec i Nowenna Pompejańska wpłynęły na moje życie i relację z Bogiem. Jest to tym bardziej zaskakujące, że przez wiele lat odnosiłam się z dystansem do wszelkiego rodzaju nowenn a sam Różaniec uważałam za dobry sposób na bezsenność, ale nie koniecznie na zbliżenie się do Boga.

Jako nastolatka pojechałam z mamą na pielgrzymkę do Medjugorie. Usłyszałam tam, że Matka Boża w orędziach prosi, by codziennie go odmawiać i bardzo się tym wezwaniem przejęłam. Niestety, nikt mi nie wytłumaczył jak to robić, przyjęłam więc metodę „klepania” tzn. bezmyślnego powtarzania słów modlitwy, co – jak łatwo się domyślić – było bardzo żmudne i nudne. Doszło do tego, że zaczęłam naprawdę mocno nie lubić Różańca, miałam jednak jakieś wewnętrzne przeświadczenie, że skoro Matka Boża prosi, to muszę go odmawiać.

Pewnego dnia na spowiedzi wyznałam księdzu, że nie lubię odmawiać Różańca, na co on po prostu powiedział: „to go nie odmawiaj, widocznie ta modlitwa jest nie dla ciebie”. I tyle. A ja poczułam, jakby ktoś zdjął mi z pleców ogromny ciężar. Natychmiast porzuciłam Różaniec, zaczęłam nawet uważać, że jest to modlitwa dla osób, które nie mają głębokiej relacji z Panem Bogiem i nie potrafią modlić się inaczej, niż przy użyciu gotowych formułek.

Temat Różańca powrócił do mnie po wielu latach, gdy już jako mężatka i matka, zaczęłam nową pracę, w której relacjonowałam wydarzenia z życia Kościoła w Polsce. Tak się złożyło, że pracę zaczęłam w maju 2017 r., kiedy Kościół żył 100. rocznicą objawień Matki Bożej w Fatimie. Niezbyt się wtedy interesowałam objawieniami, jednak chcąc nie chcąc musiałam o nich pisać. Zauważyłam, że zewsząd napływały do mnie opinie różnych autorytetów – biskupów, ludzi ważnych dla Kościoła a nawet papieży – dotyczące mocy i wartości modlitwy różańcowej. Moje przekonanie, że jest to modlitwa dla duchowych analfabetów zaczęło się z wolna chwiać. Uznałam, że skoro osoby takie jak Jan Paweł II, którego trudno posądzić o brak duchowej głębi i intelektualną słabość, cenią tę modlitwę, to coś w niej musi być. Postanowiłam znowu się nią modlić, na początek jedną dziesiątką dziennie, bo odmówienie chociaż jednej części wydawało mi się wyczynem nie do przeskoczenia.

Przełom nastąpił po kilku miesiącach, kiedy wraz z mężem i synem jechałam samochodem z Katowic do Warszawy. Droga była długa, syn spał a ja korzystając z okazji postanowiłam odmówić swoją dziesiątkę. Przypomniała mi się wówczas obejrzana niedawno konferencja o Różańcu, w której pewien dominikanin zachęcał, by słowa modlitwy wypowiadać głośno albo chociaż poruszać ustami, czego do tej pory nie robiłam. I to właśnie okazało się przełomowe.

Do tej pory mdląc się na Różańcu skupiałam uwagę na słowach modlitwy „Zdrowaś Maryjo”. W tamtym momencie pojęłam, że są one jedynie tłem, a nie jej sednem. Wypowiadając te słowa na głos mogłam przestać o nich nie myśleć, a całą uwagę skupić na tajemnicy, którą rozważałam. I tak odmawiając np. drogę krzyżową zaczęłam wyobrażać sobie Jezusa niosącego krzyż ulicami Jerozolimy. Wyobrażałam sobie, jak upada, jak św. Weronika ociera Mu twarz, jak poganiają Go rzymscy żołnierze. Wyobrażałam sobie najdrobniejsze szczegóły, nawet to, że kiedy Jezus upadał, jego krew mieszała się z kurzem ulicy, słyszałam krzyk gapiów. To było naprawdę niesamowite. Czułam się trochę tak, jakbym oglądała film o Panu Jezusie, a trochę tak, jakbym tam rzeczywiście była i obserwowała Go stojąc w tłumie.

Kiedy skończyłam odmawiać część bolesną Różańca, spojrzałam na zegar na desce rozdzielczej samochodu. Był 13 maja 2018 r., dokładnie 101. rocznica objawień w Fatimie. To nie mógł być przypadek. Jak również nie było nim to, że mój trzyletni syn przespał całą drogę z Katowic do Warszawy, co nie zdarzyło mu się nigdy w życiu, nawet gdy był niemowlęciem (a jeździliśmy tędy kilka razy w roku). Po prostu Matka Boża chciała mi zapewnić jak najlepsze warunki do odkrycia Różańca. Zrozumiałam, że cała ta sytuacja była Jej prezentem dla mnie.

Od tego czasu pokochałam Różaniec. Zaczęłam odmawiać go regularnie w autobusie w drodze do pracy. Po pewnym czasie rozszerzyłam go sobie o nowe tajemnice. Doszłam do wniosku, że skoro mogę medytować np. przemienienie Jezusa na górze Tabor, to dlaczego nie mogę rozważać innych fragmentów Ewangelii np. fragmentu mówiącego o rozmnożeniu chleba czy uzdrowieniu paralityka? Zaczęłam więc tak robić. I tak czasami przez pięć tajemnic rozważałam różne fragmenty Ostatniej Wieczerzy, albo rozważając Tajemnice Bolesne, przechodziłam po kolei od modlitwy Pana Jezusa w Ogrójcu, poprzez pojmanie Go, zaparcie się Piotra, proces Jezusa przed Sanchedrynem, przed Piłatem itd. Przed każdą dziesiątką czytałam stosowny fragment Pisma Świętego.

Po jakimś czasie zaczęła mnie nachodzić myśl o odmówieniu Nowenny Pompejańskiej, jednak wciąż nie miałam na to czasu. Łączenie macierzyństwa z pracą na pełen etat było zajęciem bardzo obciążającym.

Sposobność pojawiła się, kiedy zaszłam w drugą ciążę i poszłam na zwolnienie lekarskie. W ciągu dnia starszy syn był w przedszkolu a ja spędzałam kilka godzin sama w domu. Uznałam, że taka okazja może się długo nie powtórzyć i zaczęłam odmawiać nowennę. Zwłaszcza, że miałam też konkretną intencję.

Pierwszy poród był bardzo ciężki. Spowodował różne problemy zdrowotne, z którymi borykam się do dziś, musiałam po nim przejść operację i kilkutygodniową rehabilitację. Przyczynił się też do tego, że przez kilka miesięcy cierpiałam na depresję poporodową. Będąc w drugiej ciąży bałam się, że historia się powtórzy. Nowennę odmawiałam więc w intencji dobrego porodu i czasu po porodzie.

Te kilka tygodni odmawiania nowenny wspominam jako czas ogromnej bliskości z Jezusem. Spędzałam codziennie ok. półtorej godziny obserwując Go, słuchając co mówi, patrząc jak uzdrawia chorych, naucza, dźwiga krzyż i spotyka się z apostołami po zmartwychwstaniu. Zobaczyłam wtedy wiele rzeczy, na które nie zwróciłam wcześniej uwagi czytając Ewangelię. Doszło do tego, że kiedy nowenna się skończyła zaczęło mi brakować Różańca.

Poród okazał się pozytywnym doświadczeniem, podobnie jak pobyt w szpitalu. Miałam jednoosobową salę z kanapą dla męża, który był z nami całą dobę. Synek urodził się zdrowy, nie było problemów z karmieniem, których bardzo się bałam, a ja szybko doszłam do siebie. Tym razem nie tylko nie miałam depresji poporodowej, ale przez kilka miesięcy po porodzie towarzyszył mi znakomity nastrój.

Nawet kiedy nastały ciężkie czasy, bo świat opanowała pandemia kronawirusa a rządowe zalecenia sprawiły, że półtora miesiąca po porodzie zostałam (podobnie jak inni rodzice) zamknięta w domu z dziećmi, to pomimo zmęczenia, o dziwo, dawałam radę wszystko ogarnąć i nie zwariowałam 😉

Paradoksalnie owoce nowenny właśnie wtedy ujawniły się w pełni. Kiedy w pierwszym odruchu zaczęłam mocno bać się tego tajemniczego wirusa i choroby, którą może on wywołać, zaczęły do mnie wracać treści przemedytowane podczas odmawiania Nowenny Pompejańskiej. Przypominałam sobie, jak Jezus uzdrawiał choroby, uciszał burzę na jeziorze, wyrzucał złe duchy. Docierało do mnie, że On nad wszystkim panuje, wszystko może i wszystko od Niego zależy. Wiedziałam, że ja i moi bliscy możemy zachorować, ale nawet jeśli tak się stanie, to znaczy, że On do tego dopuścił, tak jak dopuścił do swojego pojmania i ukrzyżowania. Że nawet, jeśli dzieje się coś pozornie złego, to On jest i czuwa, a każde ciężkie doświadczenie z Nim można przejść i może z tego wyniknąć jakieś dobro.

Często wracała do mnie taka scena z Ewangelii, kiedy żołnierze przyszli pojmać Pana Jezusa i na Jego słowo: „to Ja Jestem” wszyscy padli dwukrotnie na ziemię. W tak dramatycznej chwili Jezus dał dowód swojej wszechmocy. Mógł ich powstrzymać. Nie zrobił tego, bo wiedział, że tak będzie dla wszystkich lepiej. Zrozumiałam, że tak dzieje się w życiu każdego z nas, jeśli chcemy iść przez życie z Bogiem. Cierpienie nas nie omija, choroby nas nie omijają, ale w tym wszystkim jest dobry Bóg, który czuwa i wszystko jest w Jego rękach.

Zaczęłam czytać „Dzienniczek” św. Faustyny Kowalskiej i całkiem na nowo uczyłam się zaufania do Jezusa. Pomimo całego zamętu spowodowanego pandemią i powiększeniem rodziny stałam się dużo spokojniejsza, radosna a nawet dużo bardziej zorganizowana, z czego skorzystała cała rodzina. Każdą wolną chwilę wykorzystywałam na modlitwę. Odmawiałam Różaniec w nocy kołysząc synka do snu lub karmiąc, a kiedy już można było wychodzić z domu modliłam się także na spacerach.

Zauważyłam też, że moje sumienie stało się bardziej wrażliwe. Zaczęłam dostrzegać powszednie grzechy, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Na przykład drobne, pozornie nic nie znaczące kłamstewka, które wcześniej przychodziły mi bez trudu, czy niby nie szkodliwe obmawianie innych w rozmowach z koleżankami. Chwilami czułam, jakby to mój anioł stróż mówił mi do ucha: „nie rób tego”, kiedy miałam powiedzieć coś negatywnego o drugiej osobie.

Równocześnie czułam, jakby przypominał mi o robieniu dobrych rzeczy, których normalnie bym nie zrobiła. Zawsze miałam problemy z odkładaniem rzeczy na swoje miejsce, z dokańczaniem różnych prac, działałam raczej chaotycznie. A tu nagle dobry duch zaczął „przypominać” mi o różnych sprawach. Wyglądało to tak, że kiedy w nawale codziennych obowiązków już miałam porzucić jakąś czynność, by zająć się inną, nagle przychodził taki impuls: „zrób to teraz do końca, bo potem na pewno zapomnisz!” albo: „odłóż to na miejsce, bo potem tego nie znajdziesz!”. Postanowiłam być wierna tym natchnieniom, co poprawiło także moje relacje z mężem, bo dotąd moje wieczne roztrzepanie bardzo go irytowało.

Dzięki Nowennie Pompejańskiej otrzymałam wszystkie łaski, o które prosiłam a jeszcze więcej takich, o które nie prosiłam i się ich nie spodziewałam. I to te drugie okazały się o wiele bardziej mi potrzebne.

Najważniejszą jest zupełnie nowa jakość w relacji z Jezusem. Czuję, że w czasie nowenny spędziłam z Nim naprawdę dużo czasu i lepiej Go poznałam. Nie wiem, jak to wyrazić, ale stał się dla mnie bardziej realny i bardziej obecny w codziennym życiu. Czuję, jakbym naprawdę Go widziała. Mam wrażenie, że wiem, jak wygląda, jakie ma spojrzenie, jak się porusza. To naprawdę niesamowite.

Dlatego wszystkim polecam odmawianie Różańca. To naprawdę nie musi być „klepanie” formułek, lecz kontemplacja i rozważanie życia Jezusa i Maryi. A kiedy ktoś się w nim rozsmakuje, to polecam Nowennę Pompejańską.

Na koniec dodam tylko, że zaczynając tę nowennę nie miałam złudzeń, że jest to „modlitwa nie do odparcia”, jak niektórzy lubią ją nazywać. Uważam, że modlitwa chrześcijańska to nie „czary-mary” a Jezus to nie złota rybka spełniająca wszystkie życzenia. Wierzę, że Pan Bóg wie lepiej, co dla nas dobre, więc jeśli modlimy się o coś, co ma nam w dłuższej perspektywie przynieść szkodę, to On nie spełni takiej prośby. Dlatego wypowiadając swoją intencję zawsze dodawałam: „zrób to, jeżeli taka jest Twoja wola” i naprawdę liczyłam się z tym, że Jezus może zdecydować inaczej. W końcu to On zna przyszłość i konsekwencje naszych działań, prawda?

  • Ja również modliłam się Nowenna w czasie ciąży i co się okazało, porod miała szybki i niespodziewany, także byłam mile zaskoczona pomimo bolu. Wiem to zasługa Naswietszej Panienki, coreczka urodziła się zdrowa i silna, pozdrawiam.

  • Piękne. Dojrzałe świadectwo. Dało mi nadzieję, że kiedyś może będę chociaż po części rozważać różaniec tak jak Ty. W tej chwili odmawiam,bo powinnam,bo tak trzeba więc klepieJednak po tym świadectwie nie będę się zniechęcać

  • Dziękuję,piękne świadectwo.Niektore Twoje słowa muszę sobie zanotować żeby do nich wracać,są takie budujące .Jakie to wszystko jest niesamowite ,różaniec ,kontemplacja.Wspaniale to opisalas, pozdrawiam i życzę kazdego dnia z Jezusem

  • Dziękuję, to piękne świadectwo. Chcę takiego poznania, takiej bliskości w rozmowie z Panem Bogiem. Błogosławionych chwil.

  • Tak pokora w tej modlitwie jest ważna. Niepotrzebnie jednak moim zdaniem nazywa się nowenna nie do odparcia

  • >

    Zapisz się na nasz biuletyn pompejański i otrzymuj comiesięczne wiadomości