Bartek: Modlitwa o pokój i powołanie życiowe

W ubiegłym miesiącu ukończyłem moją pierwszą nowennę pompejańską. Przed rozpoczęciem nowenny, już od 1 liceum, zmagałem się z wewnętrznymi lekami, poczuciem angstu i egzystencjalnej samotności, codzienne życie wraz z jego trudnościami wydawało mi się absurdem, a wiara – tanim chlebem do karmienia ciemnych i niewykształconych. Wówczas, choć chodziłem do kościoła, trwałem w grzechu, doszczętnie i beznadziejnie zniewolony. Ucieczki od duchowych cierpień szukałem, o zgrozo, w śmierci duchowej, czyli w zmysłowych rządzach i nieopanowanej cielesności. Będąc chory, sięgałem po truciznę, uważając ją za lekarstwo. Wyrzuty sumienia i poczucie odrzucenia (czy nawet potępienia) poczęte z mego grzechu nie dawało mi spokoju i popychało do szukania ucieczki w pornografi czy pasjach artstycznych (stan acedii był moim status quo). Doprowadziło mnie to do skrajnej nienawiści innych, jak i egoistycznej miłości własnej. Poprzez sztukę i dzieła kultury pragnąłem przeżywać niekończące się katharsis, rozpaczać nad własną rozpaczą, nad beznadziejnością naszego człowieczeństwa, oraz, jak mi się wówczas zgubnie wydawało, nad brakiem ludzkiej możliwości do poznania prawdy obiektywnej. Te błędne demoniczne koło – trwało do 2 roku studiów, czyli prawie 5 lat. Modlitwa przychodzila mi bardzo ciężko, wiecznie przychodziłem zmęczony po zajęciach, zwykła dziesiątka wydawała mi się nadludzkim wysiłkiem.  Trafiwszy na studia, zetknąłem się po raz pierwszy z uniwersyteckim marksizmem kulturowym. Na zajęciach spotkałem się z tak wysokim stopniem zideologizowania, że nie byłem w stanie wytrzymać. Więcej miałem w głowie cudzych myśli niż własnych. Wykładowcy zdawali się dobierać teksty i przykłady odpowiadające własnemu systemowi ideologicznemu i – co gorsza – własnemu piekłowi duchowemu, przelewając je prosto na nas. Celem współczesnej humanistyki, jak sobie już po miesiącu zdałem sprawę, nie jest poszukiwanie prawdy (śmieszny koncept wśród akademików) lecz poszukiwanie wśród tekstów kultury ukojenia dla prywatnego poczucia depresji czy desperacji. Kochani, módlmy się za uniwersytety w naszym kraju i zagranicą. Spojrzenie na świat jako wiecznej sceny, rozciągłego teatru,  życia jako gry, miałoby uzasadnienie jedynie wtedy, gdyby nie było Boga. Lecz Bóg jest, wiedzą o tym pokorni i modlący się w czterech ścianach prostoduszni ludzie. Przed błądzącymi akademickimi mędrkami i pyszałkami jest to ukryte. Tam gdzie jest Bóg, tam nie ma teatru. Jedno wielkie błędne koło. Zamiast sięgać po modlitwę czy sakramenty, ukojenia szukałem w filozofii, szczególnie w egzystencjaliźmie Camus i Sartrea, w literaturze Gombrowicza, w muzyce Pink Floyd, w sztuce modernistycznej, szczególnie w żałosnym i zgubnym surrealizmie, w kinie Bergmana,  wreszcie, w tekstach antycznych np. Rozmyślaniach Marka Aureliusza, czy w innych tekstach podobnych potępieńców. (kont. poniżej)

[ Dygresja – Do zainteresowanych literaturą, sztuką czy filozofią: z głębi serca błagam was, nie tykajcie tych tekstów kultury i nie traćcie na nich waszego cennego czasu. Jeśli macie wątpliwości egzystencjalne, zacznijcie odmawiać w tej intencji nowennę, przystępujcie regularnie do sakramentów, w międzyczasie posiłkując się perełkami literatury duchowej, np dialogami św. Katarzyny, wyznaniami św Augustyna, tekstami św. Edyty Stein czy pismami monastycznymi.]

(kont.)
Żadna maksyma, żadne aforyzmy, żadna filozofia czy aksjomatyka mnie nie satysfakcjonowała, żaden z tych twórców nie mógł zaoferować mi lekarstwa, jakiego szukałem. Na drugim roku studiów począłem doświadczać stopniowo postępującego procesu wypalania. Zauroczenie światem naukowym zgasło jak knotek dopalajacej się świecy. Przestały mi si podobać wykłady profesorów, ich słowa wręcz wywoływały we mnie lekkie stany depresyjne, wyrzuty sumienia, nawet fizyczne poczucie jakie utożsamiałem z grzechem, poczuciem ciężaru na klatce piersiowej. Zacząłem  wykorzystywać wszystkie dozwolone nieobecności, do tego czasu zawsze chodziłem na zajęcia. Chodziłem na spacery, właściwie bez celu. Pewnego dnia, uciekając przed myślą o poniedziałkowych zajęciach, trafiłem do księgarni naukowej. Błąkając się po gablotach, nie wiedziałem czego szukam. Po ok. pół-godzinie mój wzrok padł na kolorową pozycję w dziale teologicznym – Wyznania Św. Augustyna. Dotychczas pozycji przejrzałem z jakieś 20 parę, ale jak tylko spojrzałem na okładkę tej książki, coś się we mnie odezwało, jakiś wewnętrzny imperatyw, który powiedział do mnie wyraźnie – „weź to”. Bez słowa wziąłem książkę, podzeszlem do kasy, zapłaciłem i wyszedłem. Jako że był to weekend, w domu od razu zabrałem się do lektury. Po kilku godzinach, wśród licznych łez zrozumiałem, że jest to najważniejsza książka jaką przeczytałem dotychczas w swoim krótkim życiu. Jak Pismo Święte wydawało mi się wówczas chłodne, statyczne i momentami obce, tak spowiedź życia tego świętego retora wydała mi się nieopisywalnie przejmująca, autentyczna do granic możliwości, natchniona. Ujrzałem siebie i całe wieki innych podobnych do mnie na kartach tej książki, tej cudownej historii powrotu do Pana. Po raz pierwszy poczułem że przybliżyłem się do prawdy której szukałem przez całe swoje życiez, w każdym swoim nędznym działaniu. Aby dać rozumowi czas ochłonąć z emocji, odłożyłem lekturę na dzień lub dwa, po to aby się upewnić, zbadać, czy to czego doświadczyłem przy lekturze było reakcją czysto emocjonalną czy działaniem ducha świętego. Po tygodniu lektury, byłem przekonany że było to działanie ducha świętego, nie mogłem odłożyć Wyznań bez uronienia łzy czy żalu z powodu własnej nędzy i grzechu. Tego samego tygodnia, po zajęciach wróciłem do domu, ściągnąłem tą aplikację i zacząłem odmawiać nowennę pompejańską w intencji powołania życiowego.  Już po kilku dniach, opuściły mnie nieopanowalne pokusy cielesne. Zły nie spał, cały czas dawał mi znaki swojego niezadowolenia, pod koniec pierwszego miesiąca miałem koszmary, o których rodowodzie byłem pewien, takie, że czułem lek przed zaśnięciem. Ale te koszmary nawiedzały mnie tylko wtedy gdy się nie modliłem lub gdy zdarzyło mi się zgrzeszyć, o zgrozo. Wy którzy dotrwaliście dotąd w lekturze, błagam was, nie nadużywajcie dobroci Matki Bożej i naszego Zbawiciela, bo jakkolwiek jego miłosierdzie jest nieskończone, tak dobrowolna obraza jego, mimo modlitw, jest ogromną hańbą i zdradą. Zaczynając modlitwy, nie odwracajcie się wstecz za przyjemnościami ciała, bo one są niczym w porównaniu z jego miłością, z której płynie prawdziwa radość, prawdziwe poznanie siebie i prawdziwa bezinteresowna miłość bliźniego. Teraz odmawiam już drugą nowennę za moich znajonych na roku i za wykładowców. Nasza Cudowna Matka wysłuchała części moich modlitw, uwalniając mnie od grzechu nieczystości i wewnętrznych utrapień duchowych i filozoficznych. Od tego czasu zacząłem doświadczać stanu wewnętrznego pokoju (pod warunkiem codziennej, pokornej modlitwy, trwania w łasce uświęcającej, i regularnego przystępowania do sakramentów), a moje relacje z rodzicami i z bratem uległy przemianie. Im lepiej poznaję Chrystusa na modlitwie i w sakramentach, tym bardziej dbam o to, by go w niczym nie obrażać. Jak jeszcze 3 miesiące temu zmagałem się z wewnętrzną beznadzieją, wypaleniem i brakiem kierunku, tak teraz kiełkuje we mnie pragnienie wstąpienia do seminarium lub klasztoru. Módlcie się za mnie kochani, nasz Pan Jezus Chrystus jest naszym najlepszym przyjacielem na tym padole, nie pokładajmy nadzei w sobie czy w materii bo marni jesteśmy, ufajmy tylko jemu, bo to on jest wzorem prawdziwego człowieczeństwa!! Chwała Panu!!!!

"Odrobina miłosierdzia czyni świat mniej zimnym i bardziej sprawiedliwym"

- papież Franciszek, 17 marca 2013 r.

  • Bartek, ja także skończyłam studia humanistyczne, a w ich trakcie musiałam przeczytać mnóstwo lektur i artykułów. To nie w humanistyce jest problem, tylko w Twoim podejściu. Odnoszę wrażenie, że bardzo chciałaś w czytanych na studiach tekstach znaleźć wskazówki dotyczące celu i sensu życia. To tak nie działa. Teksty filozofów są tekstami filozofów – są ich koncepcją, najczęściej obaloną przez pięć innych koncepcji 😉 Sensu życia szukaj w Bogu, w życiu, w codziennej wierności. A teksty filozofów są ich koncepcjami i tak należy je traktować.

  • Bartek, studiowanie polega na samodzielnych poszukiwaniach i samodzielnym zdobywaniu wiedzy, co teraz w dobie, gdy większość studentów pracuje, jest bardzo trudne. Nie trzeba przyjmować jako prawdę objawioną wszystkiego, co mówią prowadzący zajęcia. Trzeba szukać samemu, czytać, pytać, dociekać – na tym polegają studia, na samodzielnym szukaniu. Dziś jednak z racji tego, że większość studentów pracuje, poprzestaje na tym, co proponują wykładowcy. Polecane przez wykładowców teksty zawsze będą wyborem z większej całości. Bywa i tak, że wykładowca od lat poleca te same lektury, bo ma opracowane konspekty zajęć, egzaminów i nie chce mu się nic zmieniać. Treści zajęć zawsze będą wyborem czegoś, wyborem nie zawsze dobrej jakości, ale student na to najczęściej nie ma wpływu. Właśnie dlatego tak cenna, choć bardzo trudna jest samodzielność.

    • Aniu, dziękuję za twoje wpisy. Odniosę się do twoich obserwacji:

      Nie sądzę, abym przeżywał wówczas jakiś ogromny kryzys samodzielności, bynajmniej. Pracować zacząłem dopiero na drugim roku studiów, w dodatku zdalnie i na 1/4 etatu, także nie wytworzyło to u mnie jakiejś kompletnie niewolniczej zależności od programu wykładowców, czasu wolnego miałem całkiem sporo. Często chodziłem do biblioteki i spędzałem czas na przeglądaniu tekstów, czasopism i kwartalników, które mnie osobiście interesowały, a które nie dotyczyły konkretnego programu studiów czy osobistych preferencji wykładowców. Właściwie, najczęściej reprezentowały skrajnie przeciwny punkt widzenia do tego co miałem na zajęciach. Nie przyjmowałem niczego na wiarę, bezkrytycznie, lecz jeżeli coś przyjmowałem, to jedynie z wewnętrznego przekonania, które w styczności z tekstem odzywało się, mówiąc coś na wzór „Tak, ta teoria/ten pogląd dokładnie opisuje czy ucieleśnia moje codzienne doświadczenie życia, bycia człowiekiem w XXI wieku”. Mój problem polegał na zaślepieniu, do jakiego prowadzi pokładanie nadziei wyłącznie w wysiłkach ludzkiej woli i umysłu, nie uwzględniając przy tym obecności i woli Bożej.

      Ta ślepota była po części konsekwencją grzechu nieczystości, w którym trwałem, co skutkowało pojawieniem się po kolei:

      1. Acedii, nienawiści do świata i bliźniego za to, że jest jak jest, że (jak mi się wówczas wydawało) wszyscy cierpią i umierają bez znaczenia, realizując własne nietzscheańskie projekty życiowe, łudząc się, że jedynie ich indywidualne działania nadadzą ich życiu sens, tożsamość i doprowadzą do szczęścia. Uważałem, że cała współczesność łudzi się, pozorami zewnętrznej, sztucznej, warunkowej dobroci i fałszywymi grzecznościami, czy pustymi hasłami politycznymi
      2. Pychy, która pragnęła wszystkich uświadamiać na temat tych moich „obserwacji”, potępiając za tym wszystko i wszystkich jako współwinowajców zaplątanych w tą cywilizację kłamstwa, teatru i pozoru. Sztuka współczesna i kultura postmodernizmu stanowiły dla tych moich przekonań nader apetyczną pożywkę. A zajęcia np. z komunikacji kulturowej, socjologii kultury czy historii literatury, w obliczu mojego (ówczesnego) braku umiejętności „odsiewania” treści programowej od osobistych problemów i przekonań wykładowców – tylko mnie w tych majakach utwierdzało. Ani mi się śniło, żeby zajrzeć do pisma świętego i odczytać z Koheleta „nic zgoła nowego nie ma pod słońcem”, aby sobie przypadkiem nie uświadomić, że moje „odkrycia” są zgoła nieoryginalnymi buntowniczymi majaczeniami, które jeśli się rozrosną i nie ujrzą Bożego opamiętania, mogą stać się zgubne dla mnie i dla moich bliźnich.
      3. Nie współdziałałem z duchem świętym, przez co nie byłem w stanie się wyrwać z grzechu i „przejrzeć”, dostrzec, że pismo święte jest w stanie opisać doświadczenie nie tylko współczesnego człowieka, ale i całej ludzkości po wsze czasy, że nie jest archaicznym stekiem zakurzonych nakazów i zakazów, ale żywym dialogiem Boga z człowiekiem, w tym najbardziej fundamentalnym, intymnym, egzystencjalnym sensie.

       
      Co do twojego poprzedniego wpisu, tak, zgadzam się absolutnie, że było to złe podejście. Z drugiej strony trudno się dziwić, że młody człowiek poszukuje metody, kierunku czy składu i ładu w tekstach i refleksjach najbardziej „oświeconych” wśród ludzkości – właśnie na uniwersytecie (taki stereotyp przynajmniej mi się utrwalił jeszcze w liceum, tak mi wmawiano, że rozwinę skrzydła, poznam istotne teorie i myślicieli, którzy bliżej są do prawdy niż ja). Idąc na uniwersytet chyba większość spodziewała się wynieść coś więcej poza czystą znajomością kontekstów i tym, że „Słowacki wielkim poetą był” itp. Uwzględniwszy twoją obserwację, nie zmienia to, mimo wszystko, faktu, że takich osób jak ten stary „ja” było i jest na uniwersytetach mnóstwo, i że potrzeba konkretnej, wzmożonej i zorganizowanej pracy modlitewno-duszpasterskiej, która by tych ludzi aktywnie i nieustannie uwzględniała. Duszpasterstwo akademickie działa, oczywiście, ale same uniwersytety z nimi nie współdziałają, a nawet jeśli działają – to niechętnie. Wykładowcy starej daty przechodzą na emeryturę, a na ich miejsce trafiają nowi, którzy swoim osobistym przekonaniom nadają rangę „obiektywnej” (jeśli można w ogóle użyć takiego słowa) czy fundamentalnej i społecznie uzgodnionej prawdy naukowej. Owszem, być może część winy jest po stronie osobistych słabości studentów, ale z nimi trzeba rozmawiać na najbardziej autentycznym poziomie, nie przebierając słowami czy eufemizmami – tego są niewysłowienie głodni, tego mi osobiście najbardziej brakowało, i to (m.in.) odkryłem w Wyznaniach, takiej rozmowy płynącej z serca ku sercu, uwzględniającej nie interesowne ludzkie racje, lecz bezinteresowność i pokorę, otwartą na światło Ducha Świętego.

    •  
      Chciałbym jeszcze wyklarować jedną kwestię:

      Choć zapewne z mojego świadectwa można było czuć pewną animozję czy niechęć do sztuki – w rzeczywistości tak nie jest. Sztuka może być cudownym narzędziem, przybliżającym człowieka do Boga, do prawdy, do poznania siebie, pozwalającym widzowi obcować z Chrystusem na zupełnie innych zasadach i w innych warunkach, w zgoła odmiennym, nieopisywalnym doświadczeniu. Do głowy mi przychodzi np. malarstwo ikoniczne, renesansowe architektura sakralna, w filmie np. Tarkowski czy Bresson, w muzyce Bach, Pergolesi, Purcell, Busoni, Vivaldi, Mozart, chorały prawosławne Chesnokowa, Czajkowskiego, Rachmaninowa, Arvo Pärta – można by wymieniać naprawdę długo. Sztuka surrealistyczna, modernistyczna czy postmodernistyczna – to zgoła inny przypadek. To sztuka, która kontestuje i nienawidzi cywilizacji, do której sama się przyczyniła. Do zaoferowania ma jedynie rozpacz, płynącą z samotności i poczucia absurdu/bezsensu człowieka, który odrzucił Chrystusa, pokładając całe swoje zaufanie w temporalnej i materialnej doczesności, w której tak naprawdę nie widzi nadziei, ale też nie szuka ratunku w Bogu, tylko woli do śmierci rozprawiać nad zgnilizną i duchową ślepotą tego świata.

  • Bartek,
    napisales piekne świadectwo. Ja tez kiedys uwielbialam zaczytywac sie w literaturze pieknej, ogladac duzo filmow, interesowalam sie sztuka, ale to wszystko bylo raczej karmieniem własnej pychy i intelektualizmu, by czasami zablysnac w towarzystwie i byc ” na czasie”. Dzis odczuwam duża większą radość w lekturach duchowych, Maryjnych, o świętych czy studiowaniu Pisma sw. W te Swieta Bożego Narodzenia dostałam od koleżanki ,, Wyznania” sw.Augustyna i chyba musze do nich wrocic:).
    Zycze Tobie odnalezienia powołania i trwania mocno w wierze w Pana Jezusa. Pomodle sie w twoich intencjach. Powodzenia!:)

    • Aniu, bez wątpienia warto czytać zarówno literaturę piękną, jak i Biblię (tak na marginesie literatura pełna jest biblijnych odniesień). Kocham literaturę pękną i bez niej nie byłabym tym, kim jestem. Jednak tylko Biblia jest Słowem Boga. Oczywiście świeckie książki też są piękne i wartościowe i dają wile dobra. Odrębnym zagadnieniem dla mnie są teksty filozoficzne. Jak już napisałam wyżej – zawierają koncepcje filozofów, są też z reguły pisane bardzo trudnym, hermentycznym, językiem. W tekstach Sartre’a czy Nietzsche’go pociechy i ukojenia raczej się nie znajdzie 😉 W moim życiu Biblia zajmuje szczególne miejsce. Kocham też literaturę piękną i odnajdują w niej wiele dobra.

    • Człowiek powinien rozwijać się zarówno intelektualnie, jak i duchowo. Literatura piękna daje wiele dobra i pożytku. Są takie teksty, które każdy powinien znać. Ja jestem tego przykładem. Rozwój intelektualny nie jest pychą! Rozwój intelektualny jest pomnażaniem swojego talentu! Warto czytać literaturę piękną, rozwijać się, poszerzać horyzonty.

  • Bartek, masz wspanialy dar pisania!!! Fajne kazania bys glosil, takie od Serca, pomodle sie za Ciebie.

  • >

    Zapisz się na nasz biuletyn i otrzymuj comiesięczne wiadomości w temacie nowenny pompejańskiej!