Joanna: Moja wyczekiwana córeczka

Piszę to świadectwo patrząc na łóżeczko, w którym śpi moja wyczekana córeczka – dziecko, na którego przyjście straciłam już nadzieję.

6 lat temu więziliśmy z mężem ślub. Zawsze chciałam mieć dzieci, ale to nie był jeszcze ten moment – zaczęłam staż, mąż też nie miał stałej pracy. I tak przez kolejne 3 lata skończył się jeden staż, zaczął drugi, potem umowy na zastępstwo, zaczęłam studia podyplomowe. Odwlekaliśmy ciągle decyzje o dziecku. Aż pewnego razu podczas zajęć na „podyplomówce” zaczęłam bardzo źle się czuć, bolał mnie brzuch do tego stopnia, że nie mogłam wsiąść do samochodu. Zapisałam się do lekarza, który z uśmiechem na twarzy stwierdził że na pewno endometrioza, że są torbiele na jajnikach i żeby jak najszybciej myśleć o dziecku, bo czas działa na naszą niekorzyść i już może być różnie.

W jednej chwili cały świat mi się zawalił. Razem z mężem zdecydowaliśmy, że pójdziemy do innego lekarza, który niestety potwierdził diagnozę. Pomimo wątpliwości ile możemy stracić nie chcieliśmy jeszcze zostać rodzicami. Wróciłam od lekarza z tabletkami antykoncepcyjnymi, które miały zahamować rozwój choroby. Ponieważ jestem osoba wierzącą mimo, że wykupiłam te tabletki cały czas miałam wątpliwości czy zacząć je brać i w duchu modliłam się o jakiś znak co dalej robić. Pierwszy dzień brania pigułek przypadł na Boże Ciało, poszliśmy na procesje na której zobaczyłam koleżanki ze swoimi pociechami. Uświadomiłam sobie, że nie ma na co czekać, że za chwilę może być za późno – zaczęliśmy starania o dziecko.

Po dwóch latach, pomimo różnorakich terapii hormonalnych, pigułek i zastrzyków – ciągle bez efektu, a torbieli było coraz więcej, ból brzucha coraz bardziej nasilał się. Lekarz zaproponował nam zastanowienie się nad inseminacją lub In vitro, które ze względu na moje przekonania religijne były dla mnie nie do zaakceptowania. Jednocześnie z miesiąca na miesiąc coraz częściej brakowało mi sił do walki o nasze upragnione szczęście, przychodziły dni, kiedy człowiek nie mógł patrzeć bez bólu na kolejne ciąże koleżanek i kuzynek w najbliższym otoczeniu, przepłakane noce. W związku z długimi staraniami bez efektu oraz coraz liczniejszymi torbielami została zaproponowana mi laparoskopia. Międzyczasie w chwilach zwątpienia zaczęłam szukać innych metod, które by nam mogły pomóc, a byłyby zgodne z moim sumieniem.

I tak cień nadziei pojawił się, gdy trafiłam na informacje o naprotechonologii. Ktoś w opiniach pisał również o Nowennie Pompejańskiej. Kiedy po kolejnym miesiącu bez efektów wyznaczono mi termin operacji po raz kolejny świat mi się załamał. I w tym momencie załamania przyszła myśl, że może to czas żeby zacząć Nowennę Pompejańską, że tyle razy Matka Boża mi już w życiu pomagała więc niech chociaż da nadzieję że jakoś się to poukłada. W intencji daru dziecka zaczęłam odmawiać Nowennę jeszcze przez operacją. Gdy skończyłam poczułam, że czegoś mi brakuje, że muszę ją odmówić w tej intencji jeszcze raz. Międzyczasie modliliśmy się również w tej do św. Rity. Był marzec a nasz lekarz zaproponował, żeby spróbować przez 3-4 miesiące i miał zacząć robić rozpoznanie w swoim środowisku na temat naprotechnologii bo stwierdził, że nie będzie nam w stanie pomóc. Pomału zaczęliśmy się godzić z myślą, że jednak nic chyba z tego nie będzie, że nie zostaniemy rodzicami, że może kiedyś w przyszłości pomyślimy nad naprotechnoligią, skupiliśmy się na podróżowaniu, zaczęliśmy planować wakacje .

Jednocześnie w sercu tliła się malutka iskierka nadziei, że idzie do maja – miesiąca Maryjnego. I tak po przeszło 3 latach w maju okazało się, że test ciążowy pokazał 2 kreseczki. Pojawiło się nieopisane szczęście wraz z olbrzymim niedowierzaniem. Wizyta, która potwierdziła ciążę odbyła się 22 maja – nie dość że w miesiącu Maryjnym to w dniu Św. Rity, dlatego nasza córeczka dostała na drugie imię Rita. Jestem przekonana, że to za przyczyną Nowenny Pompejańskiej oraz naszych modlitw stał się cud, że nie wolno tracić nadziei. Ta modlitwa daje siły do walki.

  • Pięknie. Świadectwo! Siedzę i płacze. Tak Bardzo gorąco modlę się o potomstwo. Takie świadectwo daje ogromną siłę! Chwała Panu!

  • Jak ja to doskonale rozumiem. W Twoim świadectwie odnajduję wiele wspólnego (mam na myśli zarówno początkową sytuację jak i towarzyszące Ci emocje). Mam nadzieję, że i nasze marzenia i modlitwy o potomstwo kiedyś się ziszczą. Bardzo chciałabym móc kiedyś napisać takie świadectwo.
    Wszystkiego dobrego dla Was, błogosławieństwa Bożego i nieustannej opieki Maryi :*

    A może i my bezdzietne połączymy się w modlitwie tak jak to ostatnio zrobiły dziewczyny walczące o swe małżeństwa? 🙂

    • Popros Bożę Dziecię, jak masz blisko do Krakowa odwiedź Dziecię Koletanskie na Poselskiej

      • Poproszę raz jeszcze przy naszym parafialnym żłobku. W zasadzie to już kolejne święta kiedy to proszę o dla nas o dar rodzicielstwa. Każdego roku mam nadzieję, że następne święta będą już inne…
        Do Krakowa niestety mamy daleko 🙂 ale dziękuję za rady :*

    • Piszę się na to będę się za Was modlić w tej intencji a Wy moje kochane przyszłe mamuśki módlcie się za mnie o dar macierzyństwa. Pozdrawiam

      • Fajnie piszesz – „przyszłe mamuśki” – tego się trzymajmy 🙂 oczywiście będę Cię wspominać w mojej modlitwie, podobnie jak kilka innych dziewczyn z tego forum 🙂

  • Im większa presja, tym bardziej efektów nie będzie. Stres nie sprzyja zajęciu w ciążę. Trzeba połączyć modlitwę z urlopem, wakacjami od wszystkiego. Weekend gdzieś w Polsce, albo zagranicą może przynieść wyczekiwany rezultat.Ważne, by się odstresować.

    U Autorki świadectwa, tak się właśnie stało.

    • Kasia może i tak jest, ale łatwo się mówi żeby się nie stresować. Też ciągle to słyszę, ale jak się nie stresować kiedy pragnę potomstwa jak niczego innego. Kobieta pragnące dzidziusia nie jest w stanie całkiem wyeliminować myślenia o tym. To trudne mimo ogromnych starań. Nawet odmówiłam NP w intencji cierpliwości i wyluzowania w tej sprawie, ale jest mega ciężko. Proszę o modlitwę. Dziękuję:)

      • Masz Katarzyno dużo racji. W wielu wypadkach to pomaga. Moja kuzynka po 17 latach małżeństwa i „starania się” pogodziła się z myślą, że już mamą nie będzie – odstawiła wszystkie leki, terapie, zaczęła normalnie żyć i po półtora roku w wieku 39 lat urodziła pierwsze dziecko. Dziś ma 48 lat i jest mamą trójki ślicznych dziewczynek, z których najmłodsza ma 3 latka. Tak dzieje się, gdy przyczyna bezpłodności „tkwi w głowie”. Sama modliłam się przez dobrych kilka lat o dziecko ale w moim przypadku od początku było wiadomo, że potrzebny jest cud albo in vitro. Na in vitro się nie zgodziłam a cud się nie zdarzył… więc odpuściłam sobie myśl o macierzyństwie. Cieszę się, że mam kochającego i dobrego męża i za to co dzień dziękuję Bogu. Nie można czasami mieć wszystkiego.

        • Kiedyś znałam mężatkę, która jak się później okazało nie mogła mieć dzieci przez stres związany z mieszkaniem w jednym domu z teściami. Dopiero gdy po dwóch latach małżeństwa wyjechała z mężem na urlop, to z daleka od domu stres minął i właśnie na tym urlopie poczęli dziecko.

        • 17 lat to (z mojej obecnej perspektywy) bardzo długo. To prawdziwy cud, że Twoja kuzynka po tylu latach doczekała się dzieci 🙂 wyobrażam sobie, jaka to musiała być niesamowita radość 🙂 ja jestem na takim etapie, że nie umiem odpuść. Cały czas mam nadzieję, że bezdzietność to nie jest to, co Bóg przygotował dla nas… A jeśli tak jest, to mam nadzieję, że da nam siłę na dźwiganie tego krzyża, bo już teraz jest mi bardzo ciężko.
          Pozdrawiam serdecznie 🙂

      • Pomyślałam to samo co Aga. Doceniam intencje Kasi, ale mam wrażenie (możliwe że mylne), że takie rady dają osoby kompletnie nie znające tematu. Parę lat temu pewnie sama bym tak powiedziała, niestety przez pryzmat własnych doświadczeń patrzę na to zupełnie inaczej. Znam małżeństwa, które wyjechały na wakacje i wróciły z nich w trójkę, ale to były pary, które dopiero co zdecydowały się na dziecko, ewentualnie które podchodziły do tematu na zasadzie „będzie co ma być”. Spośród długo bezdzietnych (którzy po latach zostali rodzicami) nie znam przypadku, by dzieci były owocem wyluzowania i wakacji, zwykle są to dzieci wymodlone, po latach leczenia. My w pewnym momencie zdecydowaliśmy, że otwieramy się na dziecko i bardzo długo nie stresowaliśmy się, że nas nie przybywa. Nawet nie nazwałabym tego czasu „staraniami” (swoją drogą nie lubię tego słowa;) ), po prostu czekaliśmy na to, co będzie. Po drodze były dwa fantastyczne wyjazdy na wakacje (wyjeżdżając na nie myślałam sobie, że kwintesencją byłby powrót z maleństwem w brzuchu:) ), mnóstwo wspaniałych weekendów. Znam pary, które po dwóch, trzech miesiącach zaczynają panikować, że coś jest nie tak, my przez dwa lata się nie martwiliśmy, nie biegaliśmy po lekarzach, właśnie po to, by się przedwcześnie nie nakręcać (bo przecież mamy czas, w końcu jesteśmy młodzi). Zdaję sobie sprawę, że stres nie sprzyja poczęciu dziecka, jednak po kilku latach oczekiwania i leczenia, nie da się ot tak odciąć od wszystkiego. Każdy kolejny okres to powód niewyobrażalnego smutku i zawodu, tym bardziej, że wyniki od dłuższego czasu mamy ok. Paradoksalnie jednak, mimo tych wszystkich doświadczeń, nie zmieniłabym nic w ostatnich latach naszego małżeństwa 🙂 problem, z którym przyszło nam się zmierzyć, jeszcze bardziej nas do siebie zbliżył, weszliśmy w lepszą relację z Bogiem, Maryją, modlimy się wspólnie, a wcześniej tego nie było, mimo iż jesteśmy wierzący. Świadectwa takie jak to powyżej dają nadzieję, że i my zostaniemy kiedyś wysłuchani 🙂
        Życzę wszystkim modlącym się tu o dar rodzicielstwa, by ich prośby zostały wysłuchane 🙂

  • Piękne pierwsze zdanie! Ja też tulę córeczkę, którą Bóg nam dał, gdy uwierzyliśmy że nie możemy mieć dziecka, że to już niemożliwe.

  • Hanko, dobrze, że masz świadomość, że coś się może zdarzyć, ale nie musi, a też nic jeszcze nie wiadomo, czy na pewno nie zostaniesz mamą 🙂

    Lekarzami się nie należy przejmować i im wierzyć w każde słowo, bo się też mylą niestety. Często nie potrafią odczytać prawidłowo USG i
    „diagnozują” ( co często tu widać w świadectwach) dzieci z potencjalnym zespołem Downa. Posiadam wiedzę weterynaryjną, w tym położniczą. Sama kiedyś jako pacjentka u ginekologa, po tym co usłyszałam, chciałam sama spojrzeć na monitor. Po kilkunastu minutach i dyskusji, przyznał mi rację i zapytał skąd mam tą wiedzę ” od zwierząt” odpowiedziałam- ssak jest ssakiem”.

    Cuda się zdarzają, co komu pisane, to się wydarzy w zamyśle bożym, grunt to mieć zaufanie, nie obrażać się oraz -tak myślę, mądrze kochać ludzi, w tym męża, nie przesadzać z jego obecnością w życiu i być też cwaną, czyli niech on jest tą głową, ale żona kręci szyją 😉

    I dbać o siebie samą, o ducha i ciało, dzielić obowiązki, być towarzyszką w życiu, a nie matką Polką do garów i dzieci. Jak wspólnota, to wspólnota, bez presji na coś, bo inni też, to u nas też musi tak być. Wcale nie musi i to nas może wyróżniać. 🙂

    • W zupełności się z Tobą zgadzam 🙂 Mimo, że nie mam dzieci nie czuję się z tego powodu jakoś specjalnie nieszczęśliwa czy „wybrakowana”. Cieszę się życiem i tym co mam. Patrząc na innych i tak dostałam od Boga bardzo, bardzo dużo i życia mi nie starczy by mu za to wszystko podziękować 🙂

  • >

    Zapisz się na nasz biuletyn i otrzymuj comiesięczne wiadomości w temacie nowenny pompejańskiej!

    1 - 9 sierpnia 

    Nowenna

    za uzależnionych