Anna – LIST: Dziękuję za siłę

Wszystko zaczęło się 5 lat temu, niebawem minie 6, całkiem niechący, całkiem niespodziewanie, uderzyło z impetem. Tak, zakochałam się. W J., osobie, o której w życiu bym nie pomyślała, której dobrze nie znałam – tylko z widzenia. Nie przepadałam za nim. Aż tu nagle bum! ale co z tego, przecież nawet się nie znamy. Uczucie platoniczne, niby jak zawsze, ale jakoś tak inaczej. Nigdy w życiu nie czułam czegoś takiego. Zostałam z tym sama. Szczęściem w nieszczęściu było to, że był synem znajomych, z którymi nigdy nie utrzmywało się bliższych kontaktów, tacy zwyczajni znajomi. O dziwo kontakty zaczęły się zacieśniać. Dziwny zbieg okoliczności wydawał się być wtedy błogosławieństwem. My sami zaczęliśmy się lepiej poznawać i mieć w ogóle z sobą jakikolwiek kontakt. Wszystko pięknie, ładnie, moje głeboko skrywane uczucie z dnia na dzień rosło. Rosło, ale tylko we mnie. Nie mogłam dać po sobie poznać, bo i po co? Żeby się skompromitować? Kto w ogóle chciałby spojrzeć w moją stronę? Urodą i wyglądem modelki nie grzeszę, jestem tak bardzo nieśmiała. Nie mam nawet odwagi, żeby przyznać się przyjaciółkom, choć one świetnie to przeczuwają. Ja oszukuję. Siebie, jego, je, cały świat.
Tak mijały lata. Z biegiem czasu zaczęło być między nami całkiem fajnie. Tak powoli, przyjemnie, śmiesznie nieśmiało. Wiadomości na dzień dobry, na dobranoc, wspólne wyjścia. Uczucie we mnie dalej rosło. Widziałam w J. kogoś, z kim mogłabym spędzić resztę życia, mimo jego wad, mimo różnicy wieku, jaka nas dzieliła i wielu innych. Bywały dni, kiedy czułam, że to naprawdę to. To, o co codzinnie prosiłam Boga, wierzyłam, że postawi na mojej drodze dobrego męża i robiłam sobie nadzieję. Sama sobie wyrządzałąm krzywdę, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego co się święci.
I przyszedł ten czas. Z dnia na dzień kontakt z J. się urwał, a że nie mogłam dać po sobie poznać jak bardzo mi zależy , nie dociekałam co się stało, dlaczego. Zaczęliśmy siebie unikać, nawet wzrokiem. Bolało jak nigdy nic innego. Nie mogłam sobie poradzić sama z sobą. Ile nocy można przepłakać? Jak długo się zastanawiać co ze mną jest nie tak? Gdzie szukać odpowiedzi? Najgorsze było to uczucie pustki, beznadziei, braku odwrotu. Czy mogę się tak po prostu odkochać? Jak to zrobić, żeby już nie bolało? Pomógł mi o. Szustak i jego rekolekcje internetowe, nie pamiętam dokładnie, które. Czułam, jakby jego słowa były powiedziane specjalnie do mnie, jakby wiedział co się dzieje ze mną. Postanowiłam ostatecznie zamknąć ten rozdział. Wyleczyć się z tej (jak mi się wydawało) miłości. Łatwo nie było, ale każdy dzień przynosił ulgę. Mimo że za każdym razem, kiedy go widziałam, moje serce waliło jakby chciało wyskoczyć ze środka a puls czułam w każdym miejscu ciała, rozsądek to uciszał. Skutecznie uciszał. A czas mijał, w moim życiu działo się wiele dobrych rzeczy, ale kiedy działo się właśnie coś waznego i dobrego, brakowało mi tej jednej osoby, z którą mogłabym się dzielić moim szczęściem. Gorycz, to teraz zaczęło we mnie rosnąć. Widok wszystkich szczęśliwych i zakochanych tylko to pogłębiał. Pogłebiał beznadziejne myślenie o mnie przeze mnie.
Życie jednak oczyło się dalej i nic specjalnego w sferze uczuciowej. Byłam gotowa zakochać się od nowa, zapomnieć o tym, co było. Myślałam, że ta historia jest już za mną. Byłam spokojna. Potrzebowałam jednak wsparcia. Wsparcia z góry. Długo myślałam i w końcu zdecydowałam się na Nowennę Pompejańską. Postanowiłam nie prosić już o dobrego męża, tak od razu. Moją intencją było znalezienie miłości, osoby takiej, która byłaby zdolna pokochać mnie taką jaka jestem i wytrzymać ze mną. Na początku nie było łatwo. Bałam się, że nie dam rady. Czasami zmęczenie było ogromne, ale dawałąm radę. Nie miałam pojęcia jak to jest możliwe, skąd mam tę siłe. Teraz wiem, skąd pochodziła. Z każdym dniem odmawiania Nowenny chęć miłości coraz bardziej we mnie wzrastała i wzrastał też coraz bardziej niepokój i rozdrażnienie. Nie potrafiłam wyjaśnić co się ze mną dzieje, dlaczego tak często odczuwam smutek, dlaczego chce mi się non stop płakać, dlaczego myślę o sobie wyłącznie źle i dlaczego temat J. powrócił jak bumerang i robi we mnie bałagan od nowa. Mimo przeciwności modliłam się dalej. Z zakończeniem Nowenny te wszystkie stany minęły. Czułam się silniejsza, mimo iż w moim życiu nadal nie poznałam nikogo, kto byłby tą miłością, o którą się modliłam. Nie wiem, być może źle się modliłam, a może inny jest zamysł Boga wobec mojej osoby. Wiem tylko, że nie był to czas stracony i dał mi „moc” do przezywciężania trudności a i przyniósł wiele dobrego w innych aspektach mojego życia.
Jeżeli czujecie potrzebę odmówienia Nowenny, ale cały czas się wahacie i coś Was powstrzymuje, zróbcie to! Naprawdę! Bóg da Wam siłę!

IKONY

I OBRAZY

0 0 głos
Oceń ten wpis

Nasze intencje modlitewne:

 
Powiadamiaj mnie o odpowiedziach
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Ewela
Ewela
23.11.17 09:33

Aniu mam tą samą sytuacje co ty. Kocham kogoś kogo nie powinnam i nie potrafię zapomnieć. Sram się jak mogę ale nie idzie. Odmówiłam już nowennę w tej intencji skończyłam ją 16 listopada ale czuję się gorzej niż przed jej odmówienie . Czuje teraz smutek żal płakać mi się chce cały czas a ból rozrywa moje serce. Nie-wiem co robić jak się odkochać. Mam nadzieje ze kiedyś znajdę kogoś kto pokocha mnie taką jaką jestem.

1
0
Co o tym sądzisz? Napisz swoją opinię!x
()
x

KOSZULKI

RÓŻAŃCOWE

- NOWE WZORY