Justyna: łaski Boga dla Małżeństwa w głębokim kryzysie

Swoje świadectwo rozpocznę klasycznie. Jestem od niemalże trzech lat w sakramentalnym związku małżeńskim. Oboje z mężem pochodzimy z rodzin katolickich, praktykujących częściej bądź rzadziej. Nie mamy dzieci i w naszym przypadku trudno było też powiedzieć, że „przed ślubem było dobrze”, a popsuło się po ślubie. Już przed ślubem nierozerwalność i trwałość tego Małżeństwa, które dopiero miało się narodzić, stała pod znakiem zapytania. Wątpliwości miał chyba każdy, a i mi w dniu ślubu spływały po policzkach łzy w nadziei, że mój Mąż nie będzie dla mnie taki, jaki był…
Jeszcze nie wiedziałam wówczas, jaką moc ma łaska Sakramentu Małżeństwa. Nie wiedziałam również, że Małżeństwo winno zaprosić do dialogu między sobą właśnie tę trzecią osobę, Pana Boga. I choć były próby wspólnej modlitwy, choć prosiłam Męża o wspólną mszę, to i tak nie było nam dane przystąpienie wspólnie razem do spowiedzi czy przyjęcie Komunii Świętej.

Małżeństwo zamiast rozkwitać po zaślubinach, zbliżało się do krawędzi przepaści. Z każdym miesiącem rosły wzajemne żale, brak poczucia wspólnoty, tożsamości Małżeństwa, czułości i ciepła.  W miejscu ogniska domowego, które tworzyć miało Małżeństwo, wkradł się emocjonalny chłód, brak zaufania, poczucie zobojętnienia, wrogość. Pojawiły się bolesne, raniące słowa, wypowiadane przy osobach trzecich, na oczach których rozgrywał się dramat tych dwojga ludzi i którzy nie umieli bądź nie chcieli zareagować, pomóc. W zasadzie połowa wspólnie spędzonego czasu toczyła się poza Małżeństwem, a ja błąkałam się „po ludziach” poszukując wsparcia, gdy mój Mąż deklarował, że chce, bym opuściła jego dom, że chce rozwodu, że prosi o spokojne i kulturalne rozejście się…. Nie było nam dane spędzić ze sobą w trakcie tego Małżeństwa jakichkolwiek Urodzin, Imienin, Walentynek, Święta Kobiet i innych Świąt. Mój Mąż ignorował moje potrzeby i mnie. Choć popełniłam wiele błędów, których żałuję, które bolą mnie w środku, i tak reakcje mojego Męża były niewspółmierne do moich uchybień.

Ratowałam jednak swoje Małżeństwo opuszczona w znacznej mierze przez najbliższych, którzy niejednokrotnie sugerowali, że pomogą przejść przez rozwód zamiast nakłaniać do przejrzenia na oczy i pojednania. W tragedii, która rozgrywała się w domu i w naszych sercach czułam, że wspiera mnie łaska i ratowałam te Małżeństwo nawet wówczas, gdy otrzymałam z sądu pozew o rozwód i słyszałam bolesne słowa mojego Męża, jak bardzo pragnie tego rozstania. Nienawiści w jego głosie, pokładów gniewu, których doświadczyłam z jego strony, nie chcę dziś pamiętać. Ratowałam godność naszego Sakramentu nawet jak mówiono mi: „to przecież nie pani zrywa przysięgę”.

Nie chcę dziś kierować pretensji i żalu, chciałabym po części zrozumieć mojego Męża, ale to po ludzku niemożliwe, dlaczego nie przejrzał na oczy, nie spojrzał na swoje odbicie w lustrze i nie odpowiedział sobie na pytanie, czy istotnie poniósł on zaledwie 10 % odpowiedzialności za rozpad tego Małżeństwa, jak sam twierdził, czy może jednak znacznie więcej, albowiem spoczywała na nim odpowiedzialność za moje reakcje, ból, samotność … Tak, jak ja reagowałam nie reagują przecież ludzie, którzy są kochani, otoczeni ciepłem, miłością i troską… Ja po prostu tego nigdy nie zaznałam od swojego Męża. Zamiast tego, mój Mąż wmawiał sobie, mi i innym, że to ja go prowokuję, inicjuję spory, nie podzielam woli życia według jego i jego bliskich wyborów. Dziś, dzięki cudownym ludziom, których poznałam na swojej drodze, dzięki grupie księży, chrześcijańskich psychoterapeutów, najbliższym, zrozumiałam, że Kościół opowiada się przeciwko rozwodom, ale przeciwny jest również miłości małżeńskiej, która zadaje krzywdy, nie szanuje, krzyczy, nie ma nic wspólnego z jednością i małżeńską wspólnotą. Z depresji, żalu i bólu, że nie udało się uratować mojego Małżeństwa, które niczym posąg bożka postawiłam na pierwszym miejscu, nie patrząc na kogokolwiek i cokolwiek innego, skierowałam pierwsze kroki – tuż po otrzymaniu pozwu rozwodowego – najpierw do Pana Boga. Otrzymałam spokój, siłę, ukojenie i światło do wszelkiego działania. Pozwoliłam, by zadziałał Duch Święty, czekałam niczym ojciec na powrót Marnotrawnego, ale wiedziałam, że Nic nie będzie jak dawniej.

Tam, „gdzie (…) wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. 15 lutego, dwa bądź trzy dni po otrzymaniu pozwu, rozpoczęłam swoją drogę z Matką Boską. Nikt lepiej nie zrozumie cierpienia, jak Matka, która patrzyła na cierpienie swojego Syna. Nikt bardziej nie uprosi łask, jak Matka Boska.

Pierwsze dni Nowenki bądź Pompki, jak w skrócie nazywałam swoją codzienną Modlitwę, były ciężkie. Wyliczyłam jednak, że w dniu rozprawy rozwodowej, będę na długo przed ukończeniem Pompki, obawiałam się, po co będzie mi Modlitwa o uzdrowienie Męża i uzdrowienie Małżeństwa, skoro być może będę już po rozwodzie. Niemniej jednak nie ustawałam w codziennej Modlitwie, którą odmawiałam wszędzie, w drodze do pracy, z pracy, w trakcie zakupów, tuż po przebudzeniu i tuż przed zaśnięciem. Początkowo, byłam senna, spałam docierając do połowy Pompki; nie zawsze byłam też zadowolona, z tego, jak się modliłam, obawiałam się, że niewystarczająco gorliwie, że chaotycznie, że bez przekonania. Dziewiątego dnia odmawiania Pompki nastąpiło pierwsze „tąpnięcie”, jak to nazywałam – mój Mąż przywiózł mi część moich rzeczy ze swojego domu, po czym następnego dnia proponował wspólne koleżeńskie kino. 25 dnia Pompki mój Mąż otrzymał odpowiedź na mój pozew o rozwód i tego dnia modlitwa była szczególnie trudna, bo jego reakcja na to, co było moją Prawdą i moją narracją tego Małżeństwa, była tak bolesna, że w obawie o swoje życie, z walącym z nerwów sercem, przerwałam jazdę samochodem i zatrzymałam się na poboczu… 27 dnia, gdy przestałam modlić się częścią błagalną, a zaczęłam dziękować za wyproszone łaski, 13 marca  mój Mąż wycofał pozew rozwodowy. I bynajmniej mój Mąż nie wiedział, że akurat tego dnia przypadł tak ważny w tej Modlitwie 27 dzień.

Na każdą i każdego z nas czeka wiele łask, ale najpierw to my sami musimy o nie poprosić. Bóg nie wprasza się na siłę, puka do naszych serc i cierpliwie czeka na naszą przemianę, aż przestaniemy szarpać się ze sobą, ze swoim życiem. Wiara, taka pogłębiona i prawdziwa, nie może być tylko tradycyjną pobożnością, zakorzenionym w tradycji rytuałem uczestnictwa we mszy świętej. Staje się łaską, wielkim darem od Boga, i dziś dziękuję Bogu, że ten czas Wielkiego Postu był dla mnie tak pięknym, bogatym doświadczeniem. Zyskałam wewnętrzny spokój, odnalazłam ukojenie,  pokochałam siebie, zrozumiałam, że jestem dzieckiem Bożym i nawet gdy popełniam błędy, bo mam jak każdy grzeszną naturę, to są to złe uczynki, ale w środku jestem dobra, mam czyste intencje, nie chcę niczyjego zła, a na pewno już mojego Męża i Jego bliskich.  Stanęłam na nogi, odnalazłam dzięki wspaniałym ludziom samą siebie, zrozumiałam moje potrzeby, powierzyłam moje troski i niepokoje Bogu. Jakże łatwiej jest żyć, odnaleźć szczęście. Pojednałam się z Mężem i próbujemy na nowo… Sama pracuję nad sobą, by być dobrą Żoną. Na razie powoli, budujemy krok po kroku nasze Małżeństwo. Burzymy schematy, gniew i brak przebaczenia, uczymy się dialogu i komunikacji, szacunku dla własnych potrzeb i tak cennej umiejętności ich artykułowania. Uczymy się wyznaczania granic, by nie zatracić poczucia własnej wartości. Przed nami długa i trudna droga do wspólnego życia.

Prawdziwym wyzwaniem będzie ponownie wspólne zamieszkanie, plany, budowanie ogniska domowego, którego w istocie nigdy nie było, otworzenie się wspólnie na nasze Rodziny, przed którymi pogłębiał się rozpad naszego Małżeństwa i którzy niejednokrotnie cierpieli z naszego powodu. Najukochańsza Matka Baska uprosiła łaskę pojednania mojego Męża z Bogiem, przystąpienia do spowiedzi i przyjęcia Komunii.

Stał się cud, cud zmartwychwstania naszego Małżeństwa, podźwignięcia się znad przepaści, nawrócenia mojego Męża, Jego przemiany, o które tak gorliwie się modliłam, cud mojego odnalezienia własnej wartości, odbudowania szacunku do siebie, dojrzewania wewnętrznie. Mój Mąż jawi się dziś dla mnie jako człowiek, który zaczyna czuć, odczuwa mój ból, współtowarzyszy w zrozumieniu moich potrzeb, przestaje racjonalizować swoje zachowania i usprawiedliwiać krzywdy, które mi wyrządził, wyraża powolutku empatię, stara się okazywać ciepło i czułość, której tak pragnęłam. Dostrzega Żonę, tak jak ja zaczynam dostrzegać w Nim Męża, znacznie silniej, widząc Go 2-3 razy w tygodniu, niż wtedy, gdy byłam obok Niego w pokoju i dzieliłam małżeńskie łoże. I choć Pompka jeszcze się nie skończyła – kończy się dopiero 10 kwietnia, już wiem, jaką intencję przedstawię Matce Boskiej w następnej mojej Modlitwie. Spłynęło na mnie i na nas tyle łask, że czuję się w obowiązku podzielenia się swoimi doświadczeniami i przekazania swojego świadectwa. Nie zrezygnuję już z Pompki, Matka Boska przypomina mi na każdym kroku, że Bóg jest wśród nas, że należy przyglądać się swojemu zachowaniu, próbować wzrastać, nawracać się, że całe życie jest dojrzewaniem, wzrastaniem, pracą nad sobą. Trzeba tylko chcieć, a chcieć znaczy móc. Na końcu naszych Modlitw doznamy obfitości Bożych łask.

Z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę każdemu, kto wierzy, by jego wiara strąciła inne bożki, by była zawsze na pierwszym miejscu, a małżonkom, takim jak my, dla których po ludzku powrót do wspólnego życia nie jest możliwy, życzę, by zaprosili do swoich serc Pana Jezusa i przebaczali nie siedem, lecz siedemdziesiąt siedem razy i z pokorą jedni drugich uznawali za ważniejszych od siebie.

Chcesz widzieć świadectwa nowenny pompejańskiej na Facebooku?
To proste – kliknij na >>POLUB >>

28 myśli na temat „Justyna: łaski Boga dla Małżeństwa w głębokim kryzysie

  1. Twoje świadectwo jest jest obrazem, że Bóg działa tam gdzie już nie działa NIC… gdzie upadamy niżej niż gleba.. Czeluść! Tam otwiera morze łask, dobroci i podaje skrawek swojego płaszcza tylko trzeba wyciągnąć rękę, zawołać GO. To Twoje zdarzenie jest dla mnie bodźcem do tego by ratować małżeństwo, które wszyscy spisali na straty (chyba łącznie z małżonkami). Od kilku dni mam w sercu taki niepokój (ja wiem to Duch święty), że mam powiedzieć o nowennie i sama podjąć się modlitwy za tych pokaraskanych biedaczków. Kiedyś kilkanaście lat temu moje małżeństwo też uratowała Matka Boża i nie wiem czy to była nowenna, ale na pewno było mnóstwo różańców. Nie modliłam się ja, ale moi bliscy, którzy nie zwątpili. W tym roku będziemy obchodzić z mężem srebrny jubileusz. Tobie i Twojemu mężowi – niech Was Bóg błogosławi i niech Was strzeże. W Krzyżu Miłości nauka!! Chwała Panu w Sakramencie Małżeństwa! 🙂 🙂

  2. Pięknie świadectwo uratowania małżeństwa, momentami miałam wrażenie ze czytam o własnym mężu. Jednak nasze małżeństwo jest już nie do uratowania.. Dzięki rozwodowi, (sprawy w sądach jeszcze trwają) odzyskuje swoje życie!! utracone przez małżeństwo z psychopatą.
    Odmówiłam wiele nowenn i nie ustaję w kolejnych, modlę się naprawdę sercem.. naturalnie żałuję, że mojego małżeństwa nie dało się uratować mimo że obydwoje jesteśmy wierzący i praktykujący, a mąż to aż za bardzo..
    Taki Bóg ma plan na moje życie i wiem ze jest to dla mnie plan najlepszy.
    Chwała Panu.

      • Laurencjo, gdybyś miała możliwość poznania mojego męża, jego postrzegania świata, przekonań, manipulacji, kłamstw, wulgaryzmów, podwójnej osobowości, niszczenia mnie, to być może zmieniłabyś zdanie na temat rozwodu w moim małżeństwie.. Nie ja będę decydować lecz sąd biskupi o ewentualnym uznaniu je za zawarte nieważnie.
        Chciałabym móc je uratować, uwielbiam czytać w świadectwach o uratowanych rodzinach, ale już wyczerpałam wszystkie możliwości, na tak chorego człowieka już nic nie zadziała. Modlę się za męża, poszczę, ale już nie mam pomysłów i sił na kolejne intencje..

        • Magdaleno…masz rację. Czasami trzeba odpuścić i wybrać życie w samotności. Z tego co piszesz Twój mąż może być osobą zaburzoną psychicznie i wtedy należy myśleć przede wszystkim o ratowaniu siebie i dzieci jeśli je posiadacie.

  3. Witaj serdecznie..kiedy to wszystko czytałam..to co przeszłaś..to jedynie co się nie zgadza w mojej sytuacji to fakt, że jestem krócej w związku małżeńskim, bo od dnia 02.08.2014r…miałam wrażenie, że opisujesz mnie i moją sytuacje..zarówno przed małżeństwem jak i po zawarciu..jestem czwarty miesiąc bez mojego męża..jest w nim również wiele upartości i zła..też chce rozwodu..również się modle..od 6 kwietnia..dziś to 18 dzień..też bardzo wiele przeszliśmy..widziałam go w tym roku zaledwie raz..i bardzo tęsknie..to cudowne co Was spotkało i bardzo mocno będę kibicować modlitwą za Was..mam nadzieję, że podzielimy Wasz los i Bóg z Matką pozwolą nam dostąpić podobnych łask..staram się nie poddawać..wiem, że miłość pozwoliła nam się pojednać i przyjąć sakrament małżeństwa..każdego dnia mam nadzieję..i nie przestaję się modlić..proszę Cię o modlitwę również..dałaś dodatkowe nadzieje swoim świadectwem na lepsze jutro..i że Bóg pomaga zawsze..życzę Wam wszystkiego dobrego i niech Bóg zawsze będzie przy Was..mam nadzieję, ze miłość do mojego męża i modlitwa pomogą nam przetrwać i wygrać razem siebie..znowu dać szanse..też boje się, ze moja modlitwa nie jest za dobra..ale modle się..bo pragnienie pojednania i wybaczenia jest silniejsze od wszystkiego..
    Ksiądz mi powiedział: „módl się, bo dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych” i jesteś tego przykładem:)

  4. Dziękuję Ci Justynko. To wspaniałe i piękne, co napisałaś. To świadectwo podniosło mnie jeszcze bardziej na duchu. Ja też mam taką sytuację. Bardzo mi takie świadectwa pomagają. Jestem na trzy dni przed skończeniem części błagalnej. Nie wiem, co się wydarzy, może jeszcze nic, ale wierze, że będzie dobrze. Bardzo Wzruszyła mnie Twoja historia, popłakałam się z Twojego szczęścia. Bardzo Wam gratuluje i oby tak dalej. Cieszę się z Waszego szczęścia. Życzę dużo wytrwałości, miłości i jeszcze raz szczęścia, pielęgnujcie ten dar Boży, tę łaskę. Pozdrawiam.

  5. Po prostu trzeba cały czas wierzyć i nie tracić nadziei, nie poddawać się, mimo wszelkich trudności i przeciwności losu. Obawiam się też trochę owszem, ale wiara i nadzieja są jednak silniejsze :).

  6. Boże, jak pięknie to opisałaś.Tak bardzo zawierzyłaś i zaufałaś. To jest własnie WIARA, której tak bardzo nam brakuje. Modlę się , Panie przymnóż mi wiary. Powodzenia!

  7. W bardzo dużym stopniu Cię rozumiem, bo byłam w bardzo podobnej sytuacji, niezwykłe podobieństwo. Uznałam, że dla Boga nie ma nic niemożliwego i Jemu zawierzyłam ten ogromny problem za wstawiennictwem Maryi. Jeszcze nie wyszliśmy na prostą ale postępy są duże, tym bardziej że wcześniej nie było żadnej nadziei na poprawę. Życzę Tobie i mężowi wszystkiego co uczyni Was prawdziwym kochającym się małżeństwem. Zło które nas spotyka, dzięki interwencji Bożej jest zamieniane w dobro, cała ta trudna sytuacja, która mnie dotknęła wpłynęła w ogromnym stopniu na moją wewnętrzną przemianę i nie tylko moją, dziś mam inne podejście do życia, myślę zupełnie innymi kategoriami i jeszcze nigdy nie byłam tak blisko Boga jak teraz. Wszystko ma swój sens, nawet zło które nas spotyka.

  8. Dziwnie mi się czytało to świadectwo z uzyciem skrótu ,,Pompka”, ale to może tylko moje wrażenie, lekki niesmak czułam.

  9. Widać Bóg „pompkę” wysłuchuje a Nowennę Pompejańską już niekoniecznie…;) Dla mnie też to określenie jest mocno niesmaczne ale już kiedyś zostałam objechana za to, że się upierałam, że świadectwo powinno mieć godny charakter ( przecież czytają je setki osób bardziej, mniej a czasami wcale niewierzących ) więc tym razem dałam spokój skupiając się na stronie merytorycznej.

  10. Brawooooo!!! Niech wam Pan Bóg jak najobficiej błogosławi we wszystkim, a Twojemu mężowi w szczególności w mądrości i przemyciu oczu, aby docenił jakim skarbem obdarował go sam Bóg. Prawdziwej miłości do końca życia w tym małżeństwie i codziennej obecności Pana Boga w nim. Serdecznie dziękuję za to świadectwo, daje ono olbrzymią nadzieję i siłę do walki, że warto.

  11. Przepiękne świadectwo tak bardzo mi bliskie. Ja też doświadczyłam podobnego w swoim małżeństwie. Chociaż mój mąż wrócił to nadal nie ustaję w modlitwie. Wiem jedno bez modlitwy nie zbliżamy się do Boga łaski nie spływają na nas same- to my sami musimy o nie poprosić. Wierzę też, że z tego zła, którego doświadczyłam to Bóg wyprowadził dobro. Kiedy już zwątpiłam w to, że mój mąż wróci do domu pamiętam, że powiedziałam coś takiego Boże Ty lepiej wiesz co jest dla mnie lepsze niech stanie się wola Twoja a nie moja.

  12. niesamowite!!!!!
    cudownie jest czytac takie swiadectwo -dodaje sil!!!
    Dziekuje
    a czy moge prosic odrowas Maryjo w naszej intencji?
    Iwona

  13. Witam! Bardzo serdecznie prosze wszystkich o odmawianie Nowenny w inntencji mojego malzenstwa.Przezywam tragiczny czas…Pierwsza rozprawa zaplanowana jest pod koniec czerwca.Nie daje juz rady.Tak bardzo chcialabym, aby Maz sie opamietal nawrocil zmienil na lepsze.Mamy 2 cudownych Dzieci.Tak okropnie cierpie! Prosze o modlitwe.Dziekuje.

  14. A ja mam zupełnie inną smutną historię.
    Krótki rys małżeństwa. Jestem żoną od 1999 r. Mąż wstąpił w związek małżeński nie przyjmując podstawowych zadań małżeńskich. Chciał tylko ‚zalegalizować’ stan posiadania mnie, ‚używania’ i korzystania bez podejmowania odpowiedzialności za nas i przyszłe dzieci. Piszę tak radykalnie, bo po kilku latach małżeństwa on to wyraźnie potwierdził, nawet częściowo na piśmie.
    Otóż, zaplanował ukrywając to przede mną, że nigdy nie będziemy mieli dzieci, że ja muszę przyjmować tabletki antykoncepcyjne, a kiedy przez przypadek zajdę w ciążę, dziecko trzeba zabić, w jego tłumaczeniu – coś z ‚tym’ trzeba zrobić. Zakładał też brak wierności, jako wartość przestarzałą i nic nie znaczącą w dzisiejszych czasach. Nasze pożycie mało być wg schematu i wyuzdanych potrzeb małżonka, realizowane tylko ku zaspokojeniu jego chorych oczekiwań i ponieważ jestem jego żoną nie wolno mi odmawiać. Podsycał swoje żądze regularną pornografią, przygodnymi kobietami etc. Przez pierwsze lata małżeństwa żyłam jak w letargu, płakałam dniami i nocami, leczyłam nerwice i depresje, czułam się w potrzasku, rodzina nie chciała udzielić wsparcia (to inny smutny temat). Mąż regularnie poniżał mnie słownie, umniejszał moją wartość, kontrolował wszytko co robiłam, zabraniał wizyt rodzinnych, znajomych, koleżanek. Sam coraz mniej pracował, z czasem przestał, to ja nas utrzymywałam. Kiedy rzeczywiście zdawało się, że może jestem w ciąży, natychmiast kazał mi się ‚tym zająć’. Oczywiście odmówiłam. To był mój pierwszy sprzeciw w małżeństwie. Przypuszczenie o ciąży, wówczas nie potwierdziło się.

    Po około 3 latach małżeństwa znalazłam siły aby odejść. Wówczas zaczęły się błagania, prośby, płacz i wzbudzanie litości. Mąż zrobił po cichu kalkulację, że jeśli zgodzi się na dziecko, to mnie zatrzyma. I udało mu się to. Na początku roku 2005 przyszła na świat nasza pierwsza córka. Czas ciąży był dla mnie bardzo przykry, mąż nie zaniechał swoich ‚zabaw’. Małżeństwo ‚trwało’, w samotności znosiłam upokorzenia, z trudem radziłam sobie z wychowaniem dziecka, zarabianiem na dom, dbaniem o każdy szczegół naszego życia, w samotności. Mąż czasem trochę pracował, ale głównie oddawał się swoim chorym zajęciom erotyczno-pornograficznym. Miałam tylko na tyle siłę, aby nie uczestniczyć więcej w tych chorych sytuacjach. Ale to spowodowało tylko, że on częściej wychodził ze swoimi oczekiwaniami poza dom i zawierał mnóstwo krótkich relacji seksualnych. Bałam się o siebie i córke. W roku 2006 urodziłam drugą córkę, w roku 2008 syna.
    Kolejne dzieci dawały mi więcej siły. Miałam wtedy odwagę, aby zacząć mówić innym prawdę o małżeństwie, o mężu. Kiedy ktoś pytał co się dzieje, po prostu mówiłam. To trochę stopowało męża, a dezaprobata otoczenia, nieco umniejszała jego butę. Łatwiej było mi mówić o naszym małżeństwie jak o patologii, a on miał coraz mniej argumentów aby racjonalizować swoje postępowanie.
    W roku 2010 zdecydowałam o separacji, pozostać musiałam w tym samym mieszkaniu, ale odseparowałam się od męża. Dużo pracowałam nad sobą, modliłam się korzystałam z posługi modlitwy wstawienniczej, spotykałam się z ks. egzorcystą, czytałam pozycje polecane przez księży i chrześcijańskiego psychologa. W pewnym momencie mąż również zaczął małymi kroczkami robić porządki w swoim życiu, przynajmniej tak mi się wydawało. Dlatego w roku 2014 zgodziłam się na powrót do małżeństwa, bo wydawało się, że
    sprawy idą w dobrym kierunku. I kiedy zaszłam w ciążę, znów wszystko runęło. Mąż wycofał się ze wszystkich obietnic i postępów jakie wykonał. Zaniechał zmian nad jakimi pracował.
    Synek urodził się w 2015 roku. Mam zatem 4 wspaniałych dzieci. Przywykłam do swojej trudnej, samotnej sytuacji. Odcięłam się w obszarach w jakich mogłam, od męża. Sama pracuję, zarabiam, mam odrębne konta bankowe, sama decyduję o sprawach bieżących, o dzieciach, o szkole etc. Mąż nie pracuje. Niestety wycofał się zupełnie z życia, całe dnie i noce spędza przed komputerem, nie wiem co robi, nie chcę sprawdzać. Nie mam siły brać na siebie kolejnej trudnej wiedzy o nim. Nie dba o siebie, o dom, o dzieci. Jest biernym obserwatorem naszego życia. Kiedy czasem zabierze się za jakąś pracę w domu, np. odkurzenie podłogi, bardzo wówczas wszystkim dokucza, krzyczy, szykanuje, całymi tygodniami wypomina nam że on sprzątnął a my nabrudziliśmy. Dzieci boją się wówczas i chowają przed nim, aby nie narazić się na jego krzyki i obrażanie się. Lepiej jest kiedy nic nie robi, wówczas przynajmniej jest cisza.

    I teraz, kiedy odciążyłam swoje życie i odseparowałam się od męża, pragnę skupić się na dobrym wychowaniu dzieci, nad modlitwą i pracą, aby dzieci prowadzić drogą do Boga. Zauważam jednak destrukcyjny wpływ męża na nasze kochane pociechy. Jego postawa, wzorce zachowania i zachowanie, bardzo źle odbijają się na nich. Mąż próbuje kontrolować teraz nasze dzieci, na nie krzyczy, je zastrasza, śledzi smsy, czyta pamiętniki, poniża, źle traktuje, a w najlepszym razie funduje im obojętność. Obiecuje różne rzeczy i nie dotrzymuje słowa, bardzo je rani. Przy dzieciach kradł drobne przedmioty, spowodowało to lawine problemów z dziećmi i przynoszeniem z przedszkola, szkoły drobnych nie własnych rzeczy. Córki jawnie pytają mnie czemu tata nas tak traktuje i czemu ja nie mogę taty zmusić aby zaczął nas kochać? Starszy syn bardzo przezywa czcze obietnice taty, brak ojcowskiego wsparcia. Mecz, trening – idzie z nim mama. A tata ma to w nosie. Syn czuje się dzieckiem odrzuconym, nieważnym. Poza tym mąż ponownie zaczyna wracać do niebezpiecznych zachowań i wątków okultystycznych. Wie, że np. niektóre zabawki mają demoniczny przekaz, ale uważa, że dzieci mogą je posiadać i bawić się, bo przecież wszyscy tak robią. Wie, że niektóre piosenki, programy przekazują złą treść, erotyczną, brutalną albo wręcz okultystyczną, ale dopóki siłowo nie zabiorę pilota, albo telewizora, nie reaguje na wezwania i nie wyłączy telewizji. Wie, że wiele sformuowań w stosunku do dzieci, to przekleństwa, ale
    stosuje je notorycznie. Jest jakby zniewolony kłamstwem, przekręcaniem, nawet imion dzieci nie używa, tylko przezwiska, czasem bardzo brzydkie, np. do syna mówi trupek. Przekręca nazwy przedmiotów, wymyśla jakieś dziwne wyrazy, których nawet nie umiem powtórzyć, żyje w jakimś chorym świecie w którym wszystko ma inny sens, niż nasz realny świat. Czasem mówi takie dziwne, bezładne rzeczy, a kiedy mówię mu aby tak nie mówił, natychmiast jest awantura, bo wypiera się w ciągu paru sekund z wypowiedzianych słów. Tak jakby nie panował nad tym co wypływa z jego ust. Dodatkowo mąż gromadzi śmieci, około 30 % naszego domu wypełniają śmieci, niektóre ukryte przede mną, bo chciałam je wyrzucić. On uważa, że są mu potrzebne. Od 10 lat gromadzi zgniecione puszki po piwie i napojach, ma ich już 2 wielkie worki i chowa je w garażu. Jest bardzo skąpy, mimo, że nie zarabia ciągle próbuje kontrolować ile i na co wydaję, awanturuje sie o każde buty dzieci, o każde moje ubranie o wszystko co kupiłam wg niego niepotrzebnie. Dzieci uczą się od ojca coraz bardziej nałogowego patrzenia w telewizor i grania na komputerze, bo nie widza innej możliwości… Maz poza tym jest obłudny duchowo – msza św. co niedziela, ale sam, nigdy nie ma możliwości zgrania swojego rytmu dnia ze mną i dziećmi. Posiada szeroką wiedze nt. np. zagrożeń okultystycznych, ale wzrusza ramionami i funduje naszym dzieciom te zagrożenia. Leki homeopatyczne, tak są złe, ale skoro działają, to czemu nie podać dziecku…. To już nic na tym świecie nie wolno? pyta krzycząc, kiedy ja stanowczo się sprzeciwiam.

    I tu rodzi się pytanie? Zabrać dzieci i uciec? Kiedyś tłumaczyłam sobie, że dla dobra dzieci nie powinnam burzyć rodziny, choć bardzo ułomnej. Ale czy wobec zagrożeń emocjonalnych, społecznych i duchowych swoich dzieci, nie powinnam teraz odejść ?
    Martwię się o nas, o dzieci, ale nie wiem które zło będzie mniejsze? Bo wydaje się, że mogę wybierać tylko źle lub mniej źle. Jestem bardzo przywiązana do małżeństwa, sakramentu, ale czy mogę patrzeć na destrukcję jaka odbywa się na 4 wrażliwych młodych ludzi?
    Proszę mi wierzyć, że latami błagałam męża aby leczył sie, aby poszedł do psychologa, może na psychoterapie, aby porozmawiał z księdzem, skorzystał z wsparcia psychologa chrześcijańskiego, abyśmy razem poszli na terapię, uczestniczyli w warsztatach dla małżeństw i rodziców. Modliłam się i modlę ciągle o ochronę i opiekę Matki Bożej dla nas. Właśnie skończyłam Modlitwę Pompejańską w intencji uzdrowienia relacji w naszym domu. Mam wrażenie, choć daleka jestem od przypisywania Matce wsparcia w rozpadzie rodziny, że to po tej modlitwie nabrałam przekonania, że chyba trzeba uciekać. Przez całe nowenny błagalne prosiłam Boga by zabrał ode mnie te myśli, jeśli nie są od Niego. Ale myśli pozostały, coraz jaskrawsze, czy zatem mam za nimi iść ? Odmawiam kolejną Modlitwę Pompejańską w intencji poprawienia bytu i spokój w naszej rodzinie. Powierzam dzieci opiece Matki Bożej, zaczęłam rok temu modlitwę w rodzinnym kółku różańcowym.
    Mąż co jakiś czas wykonuje jakiś ‚mętny’ ruch abym nie odeszła, prosi o wybaczenie, obiecuje ‚gruszki na wierzbie’ i zapomina następnego dnia. Boi się po prostu, że straci dach nad głową i utrzymanie, bo ciągle nie pracuje.

    Nie znam wyroków Boskich i nie chcę grzeszyć pychą, ale wydaje się, że jego serce jest zatwardziałe tak bardzo, albo jest człowiekiem zniewolonym i mocno związanym siłami zła, że nie jestem w stanie mu pomóc modlitwą.
    Modlę się o zachowanie czystości dla siebie i w małżeństwie i poza nim. Zaniechałam dawno jakichkolwiek form antykoncepcji, odsunęłam się od męża, o on przynajmniej mnie nie gwałci, jak niegdyś, mam teraz opiekę Matki Najlepszej. Ale i siły mam coraz mniej aby rodzić i coraz trudniej jest mi utrzymać coraz to liczniejszą rodzinę. Martwię się jednak, że nawet gdybym odeszła od męża, pokusy przeciwko czystości będą się pojawiać, a ja nie chcę siebie ‚wystawiać’ na takie sytuacje. W moim życiu wiele złego i grzechu przeciwko czystości małżeńskiej się wydarzyło, więcej już nie chcę przyjąć. Ale kobieta z 4 dzieci, samotna, może poddać się pokusie, że przy innym mężczyźnie może zazna trochę spokoju, odpoczynku, może nawet zwykłego wsparcia finansowego, abym mogła nieco dziećmi się zająć…. tego się boję.
    Pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej i wiem, że powielam jakich niedobry schemat, czy zatem powinnam go przerwać?
    Proszę o wsparcie, jak wybierać. Co lepsze – narażanie dzieci, czy odejście?
    Trochę długi ten post, ale inaczej nie mogłam tej sytuacji opisać. Bardzo proszę o poradę jak chronić dzieci, jak siebie i jak postąpić? Może powinnam wystąpić do sądu KK o stwierdzenie nieważności małżeństwa, ale to dla mnie szczególnie trudne 🙁 czuję jakbym miała zdradzić swoją przysięgę, a ja przysięgałam świadomie….
    To moja historia z Modlitwą Pompejańską.

    Szczęść Boże

A Ty co o tym myślisz? Napisz!