Sylwia: Wierz i ufaj, kochaj i walcz…

Miłość

O nowennie pompejańskiej słyszałam kilkakrotnie, wiedziałam, że przez Różaniec Święty można wyprosić przez Maryję u Boga wiele łask. Jednak uważałam, że ta modlitwa jest zbyt trudna. Wtedy jeszcze nie rozumiałam w jaki sposób można w ciągu dnia odmówić wszystkie części różańca. Od 29 lipca jestem przekonana, że nie wolno nam powiedzieć – nigdy. Od zawsze Bóg był dla mnie na pierwszym miejscu, jednak nie zawsze w życiu jest nam łatwo powtarzać „bądź wola Twoja”. Często chcemy dyktować Bogu, to co my akurat uważamy za słuszne. Zdecydowałam się wstąpić do ruchu czystych serc, zawsze żyłam według jasnych i czystych zasad. Bóg przygotował mnie w ten sposób na rozwijanie się miłości, uczucia, które powinno się rozwijać delikatnie, z szacunkiem i zrozumieniem. Kiedy w moim życiu wszystko układało się pomyślnie, sukcesy na studiach, nowe możliwości rozwoju, miłość, zaczęłam sama planować życie od a do z. Po raz pierwszy był w moim życiu ktoś, kto chciał żyć w czystości, kto zaakceptował mnie ze wszystkim. Śmiało mogę rzec, że nikt o mnie się tak nie troszczył, nie martwił, tak jak on. Czułam się zawsze wyjątkowo, bo traktował mnie jak kobietę, przy nim czułam się piękna. Moje serce też było piękne, było czyste. Wzrastaliśmy razem ku dojrzałości, kształtowaliśmy się wspólnie, walczyliśmy z uporem o piękne relacje. Miałam nadzieję, że to wszystko trwać będzie wiecznie. Oczywiście zdarzały się mniejsze i większe „burze”, ale wszystko to czegoś uczyło, szukania nowych rozwiązań, podejmowania ciągłego dialogu. Na pewnym etapie zaczęłam wymagać nie tylko od siebie. Zapomniałam, że w relacji z drugą osobą, to my sobie mamy postawić wyżej poprzeczkę, nie drugiej stronie. Kiedy nasz związek się rozpadł, początkowo myślałam, że świat przestaje dla mnie istnieć. Osoba, która ma uporządkowane, harmonijne życie, według jakiegoś tam planu, głowę pełną marzeń musi się zetknąć z rzeczywistością i bolesną prawdą. Bałam się po ludzku, że nie będę mieć na tyle sił by się podnieść. Bałam się, że zostałam już zupełnie sama. Zaczynały się wakacje, wróciłam do rodzinnego domu. Prowadziłam długie analizy każdego momentu mojego życia, potem nastąpił czas zadręczania siebie i obwiniania, za wszystko, co miało miejsce. Wtedy jeszcze w głowie układałam plan, który poniekąd próbowałam zrealizować. Jednak siłami ludzkimi już nic nie dało się zrobić. Od siostry otrzymałam nowenny do św. Rity i do św. Judy Tadeusza. Powoli małymi krokami zaczęłam odnajdywać ukojenie w modlitwie, zbliżałam się jeszcze mocniej do Boga. Oczywiście, nie było łatwo powiedzieć Panie Jezu oddaję Ci wszystko co mam, próbowałam gdzieś przemycić, że gdybym mogła choć raz dostać to, co ja chce, to już bym była najszczęśliwsza na świecie. Pojechałam na Jasną Górę do Matki Bożej, płacząc powiedziałam, że jestem i że obiecuję trwać cokolwiek miałoby się wydarzyć. Były próby powrotów, rozmów niestety zakończone niepowodzeniem. Do zrozumienia, że jeśli oddam wszystko Bogu, to co posiadam, rozwiąże moje wszystkie trudne sytuacje i spowoduje, że przestanę się zamartwiać i niepokoić minął równy miesiąc od dnia rozstania. Wróciła myśl o odmawianiu nowenny nie do odparcia. Oczywiście wraz z nią inne przeciwności:„Nie dasz rady, to się nie uda, nie wytrzymasz, tyle modlitwy, ty przecież się już modlisz do swoich świętych i jakoś lepiej nie jest, jak oddasz wszystko, to co ci zostanie, dalej będziesz płakać, to wszystko nie może się udać”. Pomimo wszystko… rozpoczęłam nowennę. 54 dni wypełnionych życiem Jezusa i Maryi, ich śladami. O co się modliłam? Prosiłam o uzdrowienie relacji między nami, o uwolnienie od wszystkiego tego, co nie było dobre. Odkąd rozpoczęłam w moim życiu dział się cud. Maryja u Boga wyprasza nam morze łask. Poczułam, że jeżeli oddaję tę relację Bogu, to muszę przestać działać na własną rękę. Zapisałam się na rekolekcje, bo przecież dałam kiedyś obietnicę, że będę pracować nad swoim życiem . Rekolekcje z RCS-em umocniły mnie w tym, że czego bronie i co wyznaje jest dobrą drogą. Pobyt w „klinice serc” dał mi jednoznaczną odpowiedź „ kochaj i walcz”. Jezus potrafi leczyć najboleśniejsze rany, nie ma nic dla Niego niemożliwego, nie ma sytuacji bez wyjścia, zaprasza nas co dzień na spotkanie do Siebie, On chce być w naszym życiu, pokazuje nam prawdziwą Miłość, bo On jest tą Miłością. W trakcie rekolekcji trafiłam na modlitwę o uwolnienia, zobaczyłam co jest we mnie złe, co robiłam nie tak, dowiedziałam się jak mam pracować nad sobą. On jako lekarz leczy nasze zranione serca, podnosi z upadków. Po powrocie do domu doszłam wniosku, że wszystko, to co się dzieje, pozwala mi spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Zwolniłam, zaczęłam dbać o siebie, zajęłam się sprawami zdrowotnymi, na które wcześniej nie miałam czasu, których się bałam, przestałam choć raz uszczęśliwiać wszystkich wokół na siłę, uregulowałam wszystkie zaległe sprawy, zaczęłam zauważać innych ludzi, odnowiłam relacje z tymi, o których nie pamiętałam, a do tego poczułam, że nic się nie kończy, że jeszcze wszystko przede mną, najważniejsze by serce moje biło każdego dnia źródłem nieograniczonej radości. Osoby, które spotykałam przez czas nowenny często były zaskoczone mojej siły, bardzo często zauważali, że jest coś u mnie niespotykanego – zauważali blask, który bił z moich oczu. Mimo, że może nie było uśmiechu, to oczy same się uśmiechały. Myślę, że Bóg wie, że tylko radością można zarażać innych ludzi. Ostatnie dni nowenny spędziłam u stóp Matki Boskiej Częstochowskiej, tak się złożyło, że w tym roku konferencja naukowa była w Częstochowie. W grudniu wybieram się na rekolekcje Adwentowe z RCS również na Jasnej Górze i też nie przypadkowa jest ich data. Będę i wtedy dziękować za wszystko Maryi, za wszystkie łaski.
Modlitwa różańcowa z Maryją i Jezusem wyrwała mnie ze snu, nocy – przebudziła mnie do życia. Nic nie jest bez znaczenia, wszystko ma swój sens, nasze cierpienia również. Te dni, które przeżyłam były dla mnie czasem oczyszczenia. Abym umiała budować relację, Bóg delikatnie przemienia każdego dnia moje serce. Zupełnie inaczej patrzę na wszystkie minione wydarzenia. Teraz wiem, kto prowadzi moimi drogami i kto o mnie się troszczy. Jestem pełna spokoju o dalszą przyszłość. Cokolwiek się wydarzy, wiem że będzie to właściwa droga wyznaczona przez naszego Pana. Bo On wybiera najlepszą dla nas z dróg.
Jak widać otrzymujemy niejednokrotnie więcej niż tego oczekujemy. A co przyniesie nowy dzień tego nie wie nikt. Ufność, a reszta ułoży się sama.
A z różańcem się nie rozstaję wypełnia mój rytm dnia.
Chwała Panu,
Sylwia

Nowenna pompejańska jest też na Facebooku
Polub nas! 🙂

7 myśli na temat „Sylwia: Wierz i ufaj, kochaj i walcz…

A Ty co o tym myślisz? Napisz!