Jak to jest z tą miłością?

Chciałbym się podzielić z wami moim doświadczeniem w miłości . Sprawa głównie za moją przyczyną wygląda obecnie tragicznie. Miałem dziewczynę kilka lat było super ale często się kłóciliśmy i rozstawaliśmy ale zawsze wracaliśmy. Szczęśliwy byłem ale źle mi było bo jak były problemy to nie podchodziła do mnie z miłością jakiej oczekiwałem tylko z nerwami, a głównym problem że nie miałem pracy i nie chciałem zmienić swojego życia a ona chciała mieć szybko rodzinę.

2 lata temu zostawiłem ją bo za dużą presje na mnie wywierała, a ja łatwo się poddawałem i obrażałem. Zostałem sam szczęśliwy nie potrzebowałem bardzo mieć kogoś. Wszystko fajnie by było jeśli to byłby koniec wszystkiego. Ale niechcący się odezwałem do niej o tak sobie i dowiedziałem się że ma kogoś. Serce mi zmiękło wybłagałem z nią rozmowę na żywo. Powiedziała ze jest szczęśliwa nie kocha mnie, błagałem ją o powrót ale nic się nie dało zrobić Myślałem że nie przeżyję tego. Ale stał się cud. Tego samego dnia rzucił ją chłopak i przywiózł do mnie zapłakaną..

Myślałem że jestem w niebie że już wszystko dobrze. Ale nie było nie kochała mnie już płakała za tamtym spotykałem się z nią i pocieszałem a ona jeszcze kilka razy z z tamtym się spotkała a potem chciała kogoś innego mieć nie mnie. Modliłem się wtedy (nie nowenną) błagałem ja że się zmienię. Pojechałem do Częstochowy(wybłagać jakiś cud jeśli to ona ma być moją żoną i mamy być szczęśliwi) No i później chociaż długo jeszcze cierpiałem przy niej bo walczyłem o jej serce ona mnie nie chciała zaczęło powoli wszystko się układać i to cudownie jakoś jak klocki wszystkie wydarzenia się dopasowywały aż znów byliśmy razem.

Byliśmy ze sobą znowu przez 2 lata było super. Ale zmarnowaliśmy ten czas żyliśmy z dala od kościoła, w grzechu. Ja nie zmieniłem swojego trybu życia żebyśmy rodzinę mogli założyć, ona również nie zmieniła podejścia do mnie i nie wspierała mnie, a taka szansa była bo praktycznie same cuda się wtedy działy jak ją odzyskiwałem. No i ostatnio zaczęło się psuć. Naciskała na mnie (ja się zamykałem w sobie) jak dawnej a potrzebowałem jej wsparcia. Pokłóciliśmy się. Nie czułem że mnie kocha. No i straszyła że kogoś znajdzie i że nie jesteśmy razem skoro się pokłóciliśmy. Czekałem na jej odzew żeby przekonać się czy mnie kocha – czasem zadzwoniła, odwiedziła myślałem że będzie ok. Aż nagle poczułem niepokój jak nigdy wcześniej z tydzień to trwało same koszmarne myśli że ma kogoś i że mnie nie kocha. I zadzwoniłem do nie jej i okazało się to prawdą. Jestem załamany. Zacząłem się modlić oto żeby się opamiętała, chodziła mi po głowie Nowenna Pompejańska że muszę spróbować pomodlić się o jej powrót. Zbierałem się kilka i nachodziły mnie inne myśli (albo sobie sam to wymyśliłem- nie wiem) że zostałem wysłuchany na Jasnej Górze a NP muszę się modlić o przemianę mojego życia. No i modle się od paru dni, a innymi modlitwami również o nią. Jestem totalnie rozbity załamany

Nadziei prawie nie mam jedyna taka ze tyle lat razem byliśmy i że wtedy cudownie się ułożyło. Wiem że nie zasługuję na nią, nie miałbym sił już walczyć o jej serce nawet jakby sama była bo wiem że mnie nie kocha – chyba że się jej tak wydaje jak mi kiedyś i może zatęskni może zrozumie. Nie mamy kontaktu nie chce się jej narzucać i nie potrafiłbym chyba być z nią po tym że odeszła do innego i nie kocha mnie po tylu latach. Mogła najpierw mnie zostawić potem szukać kogoś. Porozmawiać na koniec spróbować naprawić.
Myślałem że po tamtych wydarzeniach powrotu do siebie już zawsze będziemy razem po tym co przeszliśmy wtedy cierpień (ona też bardzo długo cierpiała z powodu tamtego chłopaka) no i ogólnie zawsze wracaliśmy do siebie często przypadkiem np. bo obiecaliśmy byś światkami na ślubie.

Wszystko moja wina że tak wyszło. Znów ból i jak dawniej a wiele razy ten związek mógł się skończyć – szczególnie wtedy w opisanym wyżej zdarzeniu bo szanse zerowe wtedy były na powrót i tez musiałbym jakoś przeżyć wtedy. A teraz jeszcze bardziej cierpię przez to wszystko nie tylko przez nią. Wtedy miałem nadzieje dużą bo widziałem jak się układają znaki i że zmierza to do tego żeby być razem teraz nic pustka prawie. I poco to wszystko… Żebym się zmienił? Ok zrozumiałem to i zrobiłem krok w tym kierunku. Ale to tylko po to miało być? Kocham ją bardzo i ona też mnie kochała tyle lat ze sobą byliśmy, a ciężkie doświadczenie tamto umocniło mnie w miłości a teraz niewiele mi nadziei zostało… i ból ogromny że czasem mam ochotę pójść na łatwiznę i poznać kogoś na pocieszenie żeby o tym wszystkim nie myśleć i nie cierpieć już.

4 myśli na temat „Jak to jest z tą miłością?

  1. Módl się, wiara czyni cuda:) Jezus nawet umarłych wskrzeszał, więc i dla Ciebie jest nadzieja:) Nie ważne, ile razy upadamy, ważne, że po upadku potrafimy się podnieść:)

  2. Ja proponuje Ci poczytać Pismo Św. Na początek. Dalej. Nie zawracaj sobie już nią głowy(ciężko jest, wiem), zaufaj Bogu. Poznasz jeszcze kogoś na pewno. I módl się, bo Ty żyjesz dla siebie i Tylko Ty będziesz odpowiadał przed Bogiem nikt inny.

A Ty co o tym myślisz? Napisz!