Chciałam się podzielić z kimś tym, co mnie spotkało

Modlitwa

Odkąd pamiętam miałam problemy w relacjach z ludźmi. Bardzo bałam się odrzucenia, za wszelką cenę chciałam, żeby inni mnie akceptowali, udawałam kogoś innego, stale chodziłam smutna. Teraz chodzę do pierwszej klasy liceum. Początek roku był dla mnie bardzo ciężki. Zmiana otoczenia, nowi ludzie, strach, niepewność, brak radości z życia. I zdałam sobie sprawę jak wielkie są moje słabości.

Modląc się, myślałam sobie „Boże ty mi pomóż”, ale tak naprawdę nie pokładałam w nim ufności, tylko we własnych siłach, które oczywiście zawodziły. Pierwszy raz wylądowałam pod ołtarzem Pana pod koniec września, płacząc i wołając o pomoc. Wiedziałam, że on tylko coś może zdziałać, że sama nie dam rady, ale później wróciłam do codzienności i sama starałam się coś zmienić. Na próżno.

Drugi raz zaczęłam wołać do Boga w listopadzie, kiedy to już od tygodnia nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, nie miałam siły na nic, dręczyły mnie czarne myśli i miałam depresję. Byłam „na skraju” jak to się mówi. Jeden z najgorszych dni w moim życiu. Nikt nie wiedział o co chodzi. Czułam się tak okropnie, że na początku prosiłam Boga jedynie o nadzieję, ponieważ do tej pory tylko ją miałam, a teraz nawet i jej zabrakło. Tylko o nadzieję. A dobry Bóg nie tylko mi ją dał, ale gdy wołałam pierwszy raz tak szczerze „Wielki Boże, przyjdź do mnie grzesznika”, depresja momentalnie przeminęła i w jej miejscu nastąpiła radość. Od tego dnia byłam pewna, że tylko On może mi pomóc.

W czasie adwentu zastanawiałam się od czego zacząć, szukałam pożywki dla mojej motywacji, ale dopiero kiedy wróciłam do domu na święta, dołączyłam do grupy na facebooku, gdzie były świadectwa o nowennie pompejańskiej. Po chwili namysłu, zaczęłam odmawiać różaniec, bo wiedziałam, że już dłużej nie mogę tak żyć, że w końcu trzeba ruszyć się z miejsca. Dziesiątego dnia nowenny – w sylwestra, za pośrednictwem Maryi i świętej Rity otrzymałam niezwykłą łaskę. Wcześniej modliłam się o to, by Bóg tego jednego dnia zabrał moją niepewność. Zależało mi na tym, bo na „impreza” na której miałam być, była organizowana przez moją wspólnotę i miała być na niej osoba, która jest dla mnie bardzo ważna. Na miejscu, mimo, że byłam z przyjaciółmi, poczułam, jak zwykle w nowej sytuacji ogromny strach i zagubienie, ale po Mszy Bóg dotknął mnie i w jednym momencie wszystko przeminęło.

Nie czułam tego co do tej pory – lęk minął i poczułam się prawdziwie wolna, ale wiedziałam, że to będzie trwało tylko tego jednego dnia, jak prosiłam. To zrozumiałe. Zmiana całego mojego życia, uzdrowienie z tego co dręczyło mnie przez lata wymaga czasu, ale Pan chciał mnie przekonać, że wszystko dla niego jest możliwe. Ten dzień był najlepszym w moim życiu, a następnego, jak się obudziłam, wszystko wróciło do „normy”, ale miałam nadzieję, ufność i dalej odmawiałam nowennę. Przez te prawie dwa miesiące, Maryja wyprosiła dla mnie wiele łask, zbliżyłam się do jej Syna i zdałam sobie sprawę z mojego egoizmu, chciałam pozbyć się tego co złe, zyskać czyste serce i „rozdawać” miłość. Od czasu zakończenia nowenny minęły nieco ponad 3 tygodnie. Ja jednak jestem osobą, która się dużo martwi i niestety znowu popadłam w rozpacz. Moja ufność znacznie osłabła, nie chcę by było tak źle jak kiedyś. Dlatego właśnie kilka dni temu zaczęłam drugą nowennę i póki co nie jest ze mną dobrze. Przez ostatnie dwa dni, leżałam chora w domu, ciągle płakałam, nie mogłam się opanować, byłam przygnieciona tym wszystkim, nie miałam ochoty żyć, czułam jakby Bóg miał mnie dosyć.

Nie wiem czy dobrze, żeby moje świadectwo zostało opublikowane na stronie, bo nie otrzymałam jeszcze łask i pewnie nie umocniłabym wielu, ale obiecuję, że napiszę drugie, kiedy tylko będzie ze mną lepiej. Po prostu chciałam się podzielić z kimś tym, co mnie spotkało.

9 myśli na temat „Chciałam się podzielić z kimś tym, co mnie spotkało

  1. Podoba mi się to co napisałaś. Nie tylko nie poddawaj się ale bądź uparta,, nie odpuszczaj.
    Pamiętaj, Bogu masz się podobać a nie ludziom.

  2. Zło robi wszystko aby doprowadzić nas do rozpaczy, smutek nie pochodzi od Boga. Zawierz mu, On może Ci pomóc, nie miej ufności we własne siły ale w jego moc. Z nim możesz się od tego uwolnić 🙂

  3. Hej 🙂 i mi rowniez bardzo milo czytalo sie Twoje swiadectwo, bo pokazuje poniekad przez jakie etapy w wierze czlowiek przechodzi. U mnie mozna by powiedziec zaistniala cala gama kolorow, a wierze, ze sa jeszcze i takie, ktorych nigdy nie widzialam po tej „cieplejsze” i ‚chlodniejszej” skali…
    To, co tak na prawde mozemy dac od siebie to swoja wola i wytrwalosc. Bo wszystko co dobre i tak od Boga pochodzi. Czasami trzeba przyjac sytuacje i swoja grzesznosc wlasnie takimi, jakimi sa. Najwazniejsze jest dla Boga (tak sadze) nasze staniecie w prawdzie, skoro Bog wiedzial jakie slowa wypowiemy, wiedzial jaki krok podejmiemy. On nas zna na wylot. Czasami trzeba czasu zeby odkryc i przyznac sie samemu sobie o tych swoich brakach, slabosciach, grzechach i przypodobaniu do grzechu. Czasami myslimy, ze to wszystko, ze wiemy jacy jestesmy, a delikatny Bog powoli odkrywa przed nami te rzeczy, ktore musza byc „przepracowane” zeby pewne sprawy, kwestie w zyciu mogly zaczac rozkwitac- tak to widze ja. Kto wie, moze jestem w bledzie;)
    A cierpliwosc nie raz wiecej znaczy niz wyzbycie sie tego czy innego bledu. Takie moje przemyslenie.
    Pozdrawiam:)

A Ty co o tym myślisz? Napisz!