Kasia: Świadectwo życia osiemnastolatki – choroba

Nie wiem jak zacząć, bo w sumie chciałabym od początku. Otóż, zaczęłam chorować (problemy z żołądkiem, generalnie gastryczne) od roku 2009-2010. Była to końcówka mojego gimnazjum, w szkole do której chodziłam przez 10 lat… w kwietniu miałam egzaminy, później wakacje i zmiana szkoły. Chodziłam do lekarzy, którzy przepisywali mi leki na grypę żołądkową, ale to nie pomagało, więc wszyscy tłumaczyli mi, że to przez stres i że sobie wymyślam. Nikt mnie nie rozumiał, czułam się zupełnie osamotniona. Jedynie moja mama starała mi się jakoś pomóc, więc zaczęło się jeżdżenie po szpitalach.
Na początku wylądowałam w takim, w moim mieście i przyznam, że spotkało mnie tam wiele przykrości, lekarze oczywiście nic nie stwierdzili i powiedzieli, że powinnam zostać wysłana do psychiatry. Młoda, 15- letnia dziewczyna, która miała zawsze same piątki i osiągnięcia sportowe została wysłana do psychiatry… dostawałam przez dwa miesiące tak silne leki, że o szkole nie było mowy. Więc zaczęłam nauczanie indywidualne.
Nauczyciele krzywo się na mnie patrzyli, nie miałam od nich żadnego wsparcia. Po kilku miesiącach miałam już dosyć wszystkiego, takiego życia, bierności i chyba w tym przypadku Boga, który również nie pomagał. Od pół roku nie chodziłam do kościoła, bo bałam się wyjść z domu, więc co mowa wysiedzieć godzinę na mszy… zawsze uważałam się za osobę religijną, ale teraz widzę, jak zbyt duże mniemanie miałam o sobie w tamtej chwili. Zamiast od początku zaufać Bogu wybrałam inną drogę – lekarze i warszawskie szpitale. Rodzice wozili mnie wszędzie, gdzie tylko mogli, wykładając swoje pieniądze, a zaznaczę, że jesteśmy zwykłą, przeciętną polską rodziną.
Przez dwa lata zrobiono mi szereg badań, w tym kilka bardzo nieprzyjemnych, które bardzo zapadły mi w pamięci, zostałam przebadana o palców u stóp po czubek głowy. Przez to nie miałam kompletnie patrzenia na służbę zdrowia, która w dalszym ciągu była bezradna.
W poprzednie wakacje, powiedziałam sobie „Kaśka, musisz się wziąć w garść! Dasz sobie radę, jeśli nie teraz, to kiedy?” i wróciłam do szkoły… nie było mi łatwo, ale dostałam nową nauczycielkę od kluczowego przedmiotu, bo akurat tamta poszła na zwolnienie (bardzo mnie gnębiła podczas prywatnych lekcji), nie wierzę, że to był przypadek! Nowa nauczycielka bardzo mnie wspierała i pomagała mi. Zaczęłam też się modlić, nie pamiętam dokładnie, czy była to koronka, czy litania loretańska, ale codziennie i rano i wieczorem zaczęła mi towarzyszyć modlitwa. Nie mogłam wyjść z domu, nie klęknąć przynajmniej na chwilę i stanąć przed Bogiem i Maryją, odmawiając do nich modlitwę.
Dopiero na 3 roku liceum mogłam poznać ludzi z własnej klasy! I tam znowu widzę rękę Matki Boskiej, poznałam koleżankę – Anetę, która jest osobą, jakby to opisać, bardzo zbliżoną do Boga. Z boku zwykła nastolatka, która jest bardzo towarzyska i sympatyczna, ale nie odcina się od Boga… Najpierw zaprowadziła mnie na mszę uzdrawiającą do o. Teodora Knapczyka, która musiała mi pokazać drogę… kiedy zobaczyłam jak wiele ludzi przychodzi ze swoimi problemami do Naszego Ojca, a On ich wysłuchuje. Pierwszym szokiem był dla mnie widok jej „zasypiającej w Duchu Św.”, sama wtedy tego nie przeżyłam, ale ten widok mnie ukierunkował, coś jak biblijny niewierny Tomasz. Bałam się trochę tych mszy, to był taki irracjonalny strach, więc kolejną sobie odpuściłam, ale na 3 z kolei sama nie mogłam się już doczekać.
To właśnie Anetka poleciła mi Nowennę Pompejańską, to chyba był grudzień 2012r. z tego co pamiętam. Najpierw stwierdziłam, że nie dam rady, bo matura, za dużo nauki, nie wyrobię się, więc odłożyłam to. Modliłam się normalnie tak jak na co dzień. Byłam na 3-dniowych rekolekcjach przed Wielkanocą również u o. Teodora, które kończyły się właśnie taką mszą uzdrawiającą, więc po 3, czy czterech dniach słuchania Słowa Bożego przyszedł do mnie Duch Święty właśnie poprzez „zaśnięcie”, to było coś niesamowitego, nie da się tego opisać, błogość, szczęście, pomimo tego codziennego cierpienia i przeciwności losu. I kiedy jej to powiedziałam, powiedziała, że:”Bóg cię kocha! Wybrał właśnie ciebie! Zobacz daje ci tyle, żebyś mogła udźwignąć!”.
Z moim zdrowiem się nie polepszało, ale zawierzając się Duchowi Świętemu, przed każdym egzaminem, w maju zdałam maturę i to nie gorzej od ludzi, którzy normalnie uczęszczali do szkoły! Zaczęły się wakacje, moje najdłuższe… oczywiście chodziłam co tydzień do kościoła, we wszystkie święta, na msze uzdrawiające, z tą różnicą, że nie po to, żeby „być fizycznie”, tylko by przeżyć. Swoją drogą lubię sobie pójść do Naszego Jezusa w tygodniu, na adoracje.
Rozpisałam się mocno, więc ruszam do sedna. O Nowennie Pompejańskiej przypomniałam sobie 15 sierpnia tego roku, w trakcie mszy postanowiłam, że od jutra zaczynam i… zaczęłam. Moja prośba o zdrowie nie została jeszcze wysłuchana, ale tak jak już wielu przede mną pisało – doświadczam wielu innych łask. Mianowicie: wyciszyłam się, mój problem zdrowotny odrobinę zmalał, ale wierzę, że Mateczka mi pomoże. Myślę, że cała ta moja „podróż” i choroba nie są bezcelowe – miałam zbliżyć się do Boga i nie żałuję. Wstaję codziennie rano i jest mi ciężko i chwilami naprawdę nie mam siły, w dalszym ciągu boję się wychodzić z domu, ale z Jego pomocą i wstawiennictwem Maryi dam sobie radę.
Od października zaczynam wymarzone studia, przeprowadziłam się już do obcego miasta, gdzie jest mi ciężko radzić sobie z dolegliwościami, ale wierzę i chyba o wiarę tu najbardziej chodzi. NP umacnia mnie, sprawia, że myślę nad życiem, nad swoim zachowaniem i jeszcze mocniej kocham Boga. Zaczęłam w czwartek część dziękczynną, a swoją pierwszą nowennę kończę 8 października. Wiem, że to nie jest idealne świadectwo, w ogóle nie wiem czy to się kwalifikuje jako świadectwo, ale dzisiaj, podczas odmawiania części radosnej różańca, po prostu poczułam, że muszę o sobie napisać. Świadectwo własnej przemiany duchowej poprzez chorobę, szczególnie dla tych którym jest ciężko… którzy nie widzą sensu w swoim cierpieniu, nie załamujcie się, Bóg ma plan wobec nas! Proszę o modlitwę za mnie. Ja również bd się za Was modlić!

Chcesz widzieć świadectwa nowenny pompejańskiej na Facebooku?
To proste – kliknij na >>POLUB >>

13 myśli na temat „Kasia: Świadectwo życia osiemnastolatki – choroba

  1. Cześć Kasiu 🙂

    Widzę, że masz podobne problemy do moich. U mnie zaczęły się problemy ze zdrowiem – nerwica- po 18stych urodzinach z tym, że totalnie opuściłam się w nauce. Ze szkołą były problemy, ale jakoś zdałam tylko dzięki modlitwie. W tym roku zaczynam również studia, choć moi rówieśnicy są już dalej, ale nieważne to. Może moja choroba była po to bym się nawróciła i to głęboko. Dziękuję Bogu za tą siłę, którą mi daje do walki z chorobą.
    życzę powodzenia i dużo zdrowia! I pamiętaj o modlitwie, ona dużo daje, mi też bardzo pomogła. Codziennie zawierzam się Mateńce i widzę małe cuda w moim życiu.

    • Witaj, 🙂
      dziękuję za ciepłe słowa. Może to marne pocieszenie, ale czuję się trochę raźniej… W tym momencie u mnie też jest nerwica, bo choroba się za długo ciągnie. W tym wszystkim najgorsze jest to, że czułam/ czuję się samotna w tym wszystkim. W ziemskim tego słowa znaczeniu. Nie poznałam osoby, która miałaby taki problem, więc nie wie co to znaczy bać się wyjść z domu, albo brać po 4 tabletki Stoperanu, żeby móc gdzieś wyjść. Z boku wyglądam na zdrową osobę, ale w głębi jestem podziurawiona jak sitko. Mam nadzieję, że modlitwa mnie jakoś załata. 🙂

      • No to witaj w klubie. Pół roku miałam problemy z wychodzeniem z domu z powodu lęków, przechodziłam też depresję – pomogły Msze z modlitwą o uzdrowienie i 30sto dniowa Nowenna do Św. Józefa. U mnie choroba ciągnie się przez już prawie 4 lata. Są chwile ciężkie, ale są tez te dobre kiedy udaje mi się coś osiągnąć – cieszę się wtedy jak małe dziecko gdyż wiem ile mnie to kosztowało – znacznie więcej niż innych zdrowszych osób. Jak chcesz możesz pogadać ze mną, mogę Cię wesprzeć 🙂 Szczerze powiedziawszy choroba zelżała dopiero gdy zaczęłam się modlić i wchodzić w głębszą relację z Bogiem. Tak, że na dzień dzisiejszy jakoś tak mogę funkcjonować w miarę normalnie. Nie jest może tak super, ale żyję nadzieją, że kiedyś stanie się cud i całkowicie Bóg mnie uzdrowi. Jak narazie biorę swój krzyż i idę za Jezusem.
        Też z boku wyglądam na silną, zdrową osobę, dlatego, że wszystko duszę gdzieś w środku. Zresztą zawsze chciałam być silna psychicznie, a jestem wrażliwa.

        • Ja z kolei nigdy nie okazywałam swoich emocji, byłam „twarda”, a teraz wystarczy impuls i oczy stają mi we łzach. Zmiękłam, ale nie wiem czy to akurat źle, może to kobieca strona wzięła nade mną górę… 🙂
          Ja właśnie nie potrafię się cieszyć z tych małych zwycięstw. Wmawiam sobie, że to dobrze, że będzie lepiej, ale cały czas jestem pełna lęku i nie wiem jak się tego pozbyć. Może to Zły cały czas miesza w mojej głowie? Żyję w ciągłym strachu, na początku odmawiania NP było lepiej, czułam się taka lekka jak piórko, miałam wrażenie, że mogę przenosić góry, a teraz powoli znowu to wraca i nie wiem jak mam się tego pozbyć? Chcę się cieszyć życiem, ale coś mnie blokuje… Jak sobie pomóc? Jak Ty sobie radzisz/ radziłaś?
          Też wierzę w cuda… Bóg uzdrowił na mszy moją mamę, która była po operacji kręgosłupa i dokuczał jej przewlekły ból. On może wszystko. 🙂

        • Wiesz Kasiu, ja mam już 7 nowenn za sobą (w różnych intencjach) więc dopiero z czasem widać różnicę, choć jak powiedziałam, do samopoczucia sprzed choroby jeszcze mi daleko. Chciałabym na Mszę z modlitwą o uzdrowienie jeździć częściej,bo uwielbiam tą atmosferę i czuję bardzo Boga, ale niestety nie mam z kim jeździć. Cóż, jak jest już bardzo źle to biorę tabletki takie jak Valerin lub Cloranxen (ten ostatni jest na receptę)i po prostu próbuję robić postępy i osiągnąć coś małymi kroczkami. Ja mam taki charakter, że od razu chciałabym sobie dużo rzeczy zrzucić na głowę, nie siedzieć tylko w domu tylko pracować, studiować, wyjeżdżać, robić jeszcze inne rzeczy by max ymalnie wykorzystać czas jak to robią inni, a tu nagle organizm się buntuje. Więc zalecam regułę małych kroczków. Powolutku, powolutku, zrobić coś dzisiaj, dodać coś jutro itd. Nie patrz na innych. Ciesz się sobą, próbuj siebie zaakceptować, że Ty taka jesteś i jesteś wyjątkowa. Wiem, że to trudne, bo ja nieraz byłam w dołku, że wszyscy są już tak daleko,że już powoli zakładają rodziny, pracują, studiują a ja w tyle. Że przez tą chorobę nic dobrego mnie nie czeka, a tym bardziej nikt nie zechce. Proszę, nie nakręcaj się tak jak ja, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Ale nie możemy się poddawać, bo Bóg w każdej chwili może nam pomóc i zabrać tą chorobę tylko trzeba ufać, modlić się i wierzyć. Na razie musimy pocierpieć trochę, bo być może przez to cierpienie czeka nas kiedyś zbawienie, a bez tego grzeszyłybyśmy jeszcze bardziej i czekałoby nas potępienie. Np. Ja głęboko nawróciłam się właśnie przez tą chorobę, kiedyś miałam Boga gdzieś i byłam taką letnią katoliczką.

          Hmmm… ja moją pierwszą NP odmawiałam właśnie w intencji uzdrowienia z tej choroby. Było ciężko. Nawet bardzo, a szczególnie pod koniec części błagalnej/ początku dziękczynnej, ale Maryja mówiła przecież ciężko chorej Fortunatinie, że pogorszy jej się pod koniec części błagalnej tak, że wszyscy będą myśleli, że umrze.

          Jak się cieszyć życiem? Trudne to pytanie, bo ja też mam z tym problem. Ale próbuję myśleć optymistycznie. Ja np. słucham piosenek pełnych energii i chęci do walki, kiedy idę na jakiś egzamin – działają na mnie pozytywnie.

        • PS. I próbuję nie myśleć o strachu bardziej o czymś pozytywnym albo jakie piosenki sobie posłucham, co poczytam ( jakieś Twoje ulubione hobby).
          Pomyśl, że ja też przez to przechodziłam i ciągle przechodzę, nie jesteś sama w tej chorobie. I próbuj nagradzać siebie, gdy coś Ci się uda, nawet mała rzecz. Że wyjdziesz gdzieś tam sama na spacer, pójdziesz w jakieś tam miejsce, choć się boisz, powinnaś wtedy być dumna z siebie, że udało Ci się pójść.
          Polecam też się modlić o przebaczenie osobom, które Cię zraniły i o uzdrowienie wspomnień. W moim przypadku to chyba była/jest główna przyczyna mojej choroby, gdyż ona nastąpiła po wykluczeniu mnie z grupy najlepszych przyjaciół i ochłodzeniu stosunków z nimi. Strasznie to przeszłam.Zauważyłam, że od kiedy przebaczyłam im (choć ból jeszcze trochę został) i zaczęłam się modlić o uzdrowienie wspomnień to nawet ta nerwica zelżała trochę. Być może ktoś Cię w przeszłości zranił,choć możesz tego nie pamiętać a Ty kumulowałaś to w sobie, aż wyszła z tego nerwica?

        • To prawda, zostałam zraniona przez kogoś, ale nie wiązałam tego nigdy z moją chorobą. To, co się dzieje z moim ciałem i jak nie chce ono ze mną współpracować, jak również moja głowa wykluczyły mnie z rzeczy, które kochałam.
          Śpiewałam na scholi, w domu nie mogłam usiedzieć na tyłku, więc non stop gdzieś wychodziłam. Wszyscy mnie lubili, bo byłam duszą towarzystwa. Teraz to wszystko zostało mi odebrane… ciężko mi się z tym pogodzić.
          Choroba mnie zmieniła, w znacznym stopniu. Z jednej strony mi pomogła, bo wiem, że skończyłabym w bardzo złym towarzystwie, a z drugiej nie daję już sobie rady. Cały czas w mojej głowie świta myśl „kiedy to się skończy, kiedy zacznę normalnie żyć? jeśli w ogóle ma to nastąpić”. Naprawdę nie widzę dla siebie przyszłości, nie mogę dojść do tego, co Bóg dla mnie szykuje przez to wszystko… Te ciągłe upokorzenia i ból, nie wiem czy jestem tak silna żeby to znieść…

        • Wiem, rozumiem Cię doskonale, bo ja też przez to przechodziłam i ciągle to mi dokucza. Nawet nie wiesz ile łez wylałam i przez jakie piekło przechodziłam. Napisz do mnie na gg: 48254788.
          Dasz radę. Jesteś silna, ale na razie o tym jeszcze nie wiesz. Powiem Ci, że w ciągu tych 4 lat mogę o sobie powiedzieć, że jestem silną osobą właśnie poprzez tą walkę z chorobą. Ciągle przychodziły mi teksty do głowy typu: „Nie poddawaj się. Walcz do końca”

  2. Trzymaj sie kochana ,bedzie dobrze ja koncze moja modlitwe 29 wrzesnia jeszcze troche mi zostalo i tez otrzymalam duzo lask pomodle sie za ciebie za twoje zdrowie pozdrawiam

  3. Droga Kasiu, nie pisze dobrze po polsku, przepraszam za ortografie. Na poczatku chce powiedziec, ze bardzo mi przykro,ze tak cierpisz…mysle, ze cierpienie bez skargi to jedna z najtrudniejszych lekcji w zyciu. To co napisze, moze wydac sie niestosowne wobec Twoich trudnosci, ale z drugiej strony nic berdziej stosownego powiedziec nie moge. W Polsce macie wspanialego fransiszkanina ojca Daniela, ktory prowadzi spotkania w Czestochowie ‚Milosc i Milosierdzie Jezusa’ i wierze, ze bedzie kiedys wielkim swietym na skale ojca Pio. Bog jest w kazdej swiatyni, ale tam dziala z ogromna moca, a to dlatego, ze Jezus mial taki plan by wszyscy przynosili i zostawiali tam swoje cierpienia, choroby, niemoce i w wszelkie sprawy na ‚noszach paralityka’. Chrystus dal obietnice, ze lask tych wystarczy dla wszystkich ‚przyjdz i czerp do syta z tego zywego zdroju zycia i nikt nie odejdzie z tego miejsca zawiedziony’. Ta wiadomosc jest zaproszeniem od Niego dla Ciebie, za posrednictwem mnie, swiatka wielu codow. Czasem bardzo latwo jest zapomiec, ze Jezus zyje i przechadza sie posrod nas jak kiedys chodzil po Jerozolimie, dotknij sie Jego szaty swoja wiara poprzez uczestniczenie w Mszach poprzez internet, a On obiecal, ze stanie Ci sie wedlug Twojej wiary. W kazda druga sobote miesiaca na stronie mimj.pl odbywaja sie spotkania uwolnienia, uzdrowienia i wylania ducha swietego. Mozesz tez w kazdej chwili nawet teraz wysluchac tam poprzednich spotkan by otrzymac konieczne laski, bo Jezus powiedzial ‚dla mnie czas i miejsce nie ma znaczenia’. Tylko sie dotknij Jego szaty. Z Bogiem

A Ty co o tym myślisz? Napisz!